Strony

25.11.2015

Książka na kozetce #4. Depresja i smutek w życiu i w literaturze, czyli po co nam niewesołe lektury

Są zimowe sporty, buty i sen. Letnie bywają wakacje, przygody i burze, a wiosenne - porządki, bujność traw czy alergie. Jesienne natomiast są albo róże, albo... chandra. Nieprzypadkowo spadek nastroju kojarzy się z porą roku znaną z kiepskiej pogody i wcześnie zapadających wieczorów. Nie od dziś wiadomo, że brak światła słonecznego sprzyja obniżeniu nastroju, a listopadowy deszcz wygląda efektownie jedynie w teledysku Guns'n'Roses. W szaro-bure dni budzimy się zmęczeni bardziej, niż byliśmy, kładąc się spać. Jesteśmy skłonni uwierzyć, że nic nie ma sensu i wszystko nic nie warte, a najmniej w tym wszystkim - my. Gdyby tylko chciało się chcieć tak bardzo, jak się nie chce! Depresja, czy mała depresyjka? Smutek, czy ledwie - smuteczek? Godziny i dni odmierzane melancholią zdarzają się wszystkim. Znacie je na pewno z własnego doświadczenia, prawda? To posłuchajcie.
Zaburzenia nastroju do potocznego języka weszły (o ile nie: wtargnęły) pod pojemnym pojęciem depresji, używanym powszechnie na określenie "gorszych dni". O ile spadek formy i samopoczucia trwa krótko, a natężenie przykrych objawów nie uniemożliwia codziennego funkcjonowania, uznaje się je za przejściowe wahania nastroju, mieszczące się w równie pojemnej, jak depresja, normie. Depresja "właściwa", której mianem niesłusznie nazywamy niegroźną chandrę, to poważne zaburzenie o odmiennej etiologii. Psycholodzy przyjmują, że depresja egzogenna (reaktywna) powstaje w odpowiedzi na czynniki zewnętrzne: stres, konflikt, utratę, podczas gdy depresja endogenna (kliniczna) to schorzenie wywołane przez czynniki biochemiczne lub genetyczne. To właśnie depresja kliniczna, ze względu na długotrwałość i intensywność objawów, nierzadko prowadzi do hospitalizacji. Martin Seligman, amerykański psycholog, nazwał depresję
"Powszechną jak katar formą psychopatologii".*
Według statystyk Światowej Organizacji Zdrowia (WHO)**, depresja jest 4. problemem zdrowotnym na świecie. Prognozy przewidują, że do roku 2020 awansuje w tym smutnym rankingu na miejsce 2. Kobiety zapadają na depresję dwa razy częściej niż mężczyźni.
Źródło
Swoje smutki ma życie, ma je też literatura. Jest "zwierciadłem obnoszonym po gościńcu", nie dziwi więc, że  opisuje joie de vivre na równi z bólem i żałobą. Skoro życie jest nieprzebranym źródłem cierpienia, po co szukać smutku w literaturze? Amatorów przygnębiających lektur jest wielu, co wiadomo nie tylko z list stu najlepszych powieści wszech czasów, gdzie miejsca w ścisłej czołówce konsekwentnie zajmują takie "smutasy", jak "Wybór Zofii" i "Pożegnanie z bronią", ale również z licznych zapytań o rekomendacje smutnych książek, zadawanych na internetowych forach. 
Dlaczego chcemy czytać książki bez happy endu? Dlaczego lubimy opowieści o nieszczęśliwych miłościach, tragizmie wojen, chorób i egzystencjalnej bolączce? Czy niewesoła literatura spełnia jakieś ważne zadania, za które kiedyś - z radością - jej podziękujemy?
Czytanie wyłącznie powieści z happy endem jest zaprzeczaniem części egzystencji. Smutne książkowe historie pozwalają przyjrzeć się drugiej stronie medalu, której na co dzień wolimy unikać. Nie sposób wzbraniać się przed przygnębiającą lekturą, zwłaszcza jeśli chcemy zgłębić całość ludzkiego doświadczenia. Poznając cudze troski, zyskujemy perspektywę, z której naszej własne kłopoty wydają się mniejsze. Notabene, podobna technikę wykorzystuje się w psychoterapii: pacjenta prosi się o wyobrażenie kogoś w sytuacji gorszej niż własna, co ułatwia stawienie czoła kryzysowej sytuacji i, w efekcie, rozwiązanie problemu. Literatura, niczym najlepsza psychoterapia, pomaga mierzyć się z życiem.
Literacki smutek pozwala oswoić ten prawdziwy, umożliwia ćwiczenie empatii i współczucia. Przygnębiające książki bronią przed znieczulicą i zobojętnieniem, pozwalają sprawdzić, czy jesteśmy zdolni do wzruszeń. Smutek to doświadczenie uniwersalne, wywoływane przez określone zdarzenia, odczuwane w ten sam sposób, niezależnie od szerokości geograficznej. Być może dlatego łatwiej utożsamić się z opowieścią dołującą, niż z wesołą - szczęście bowiem jest dla każdego czymś innym i, w odróżnieniu od smutku, prowadzi do niego więcej, nierzadko bardziej poplątanych, ścieżek.
Spotkanie z cudzą melancholią pozwala znaleźć pocieszenie dzięki świadomości, że ktoś (choćby fikcyjny bohater literacki lub autor, który powołał go do istnienia) zna podobny naszemu rejestr emocji. Nie jesteśmy z naszym smutkiem sami, a to już połowa drogi do odzyskania radości. Arystoteles twierdził, że przykre emocje pełnią w sztuce niebagatelną rolę: pojąwszy istotę bólu i cierpienia, pozbywamy się go (katharsis [gr.] - oczyszczenie). Literackie katharsis przypomina konstrukcję łez - przynosi ulgę, pozwala rozładować emocje. A skoro o płaczu mowa - niewesoła lektura dostarcza dobrego (i społecznie akceptowalnego) pretekstu do łez. Każdy z nas ma w sobie nierozpoznane pokłady bólu i melancholii, które domagają się "ujścia". Literatura jest jednym z najlepszych katalizatorów emocji - wzbogacającym, w pełni legalnym i niezagrażającym zdrowiu!
Dla lubiących pływać na fali literackiego smutku - subiektywna lista najlepszych powieściowych "smutasów" (kolejność przypadkowa, zawartość smutku: LEVEL HARD). Wystarczy kliknąć w tytuł, aby cyfrowa magia przeniosła Was na stronę z opisem książki.


1. "Smutek" - C.S. Lewis
2. "Ptaszyna" - Dezső Kosztolányi
3. "Nostalgia anioła" - Alice Sebold
4. "Grona gniewu" - John Steinbeck
5. "W krainie czarów" - Sylwia Chutnik



6. "Droga do szczęścia" - Richard Yates
7. "Poszerzenie pola walki" - Michel Houellebecq
8. "Szklany klosz" - Sylvia Plath
9. "Z zimną krwią" - Truman Capote
10. "O psie, który jeździł koleją" - Roman Pisarski

Jesienią mam ochotę zanurkować w smutku, zanurzyć się w nim po uszy i przykryć jak kołdrą. A Wy? Lubicie smutne książki? Obeznanych z czytelniczymi smuteczkami, proszę o rekomendacje "wyciskaczy łez" (niekoniecznie "romans-sideł").
* Zimbardo, P.G., Ruch, F.L. (1998). Psychologia i życie. PWN, Warszawa, str. 466.
** http://www.who.int/mental_health/management/depression/en/

53 komentarze:

  1. Nie przepadam za smutnymi książkami a w jesień lubię zaopatrzyć się w jakąś dynamiczną przygodówkę;) Inaczej melancholia by mnie zjadła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobierałam kiedyś lektury na zasadzie kontrastu z porą roku czy pogodą za oknem. Zgodnie z tą metodą, na smutne książki nie ma dobrej pory - jesienią przygnębiają za bardzo, latem - w pełnym słońcu i rozkwicie, smucić się po prostu nie wypada ;-). Dlatego teraz czytam, niezależnie od warunków - za dużo literackich smutnych perełek, żeby z nich rezygnować!

      Usuń
  2. To może coś z naszego podwórka? Proponuję "Gorzko" Kosmowskiej. Bardzo dobra lektura. Odpowiednio dołująca do tematu;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :-) Czytałam tę książkę, całkiem niedawno - to prawda, zarazem dobra i smutna rzecz. Ale szczerze mówiąc, bardziej przygnębiająca była dla mnie wcześniejsza książka Kosmowskiej - "Ukrainka". Jeśli nie znasz, polecam :-)

      Usuń
    2. Bardzo dziękuję, nie znałam...

      Usuń
  3. Ja do smutnych lektur upodobanie mam od zawsze, bez względu na porę roku. Nie zastanawiałam się nad tym, dlaczego je lubię. Może dlatego, że się nimi przejmuję, a wesołe nie tylko czytam z obojętnością, ale wręcz się przy nich nudzę? I kilka tytułów moich ulubionych depresyjnych książek: "Martin Eden" Londona, "Fachman" Malamuda, "Dziwne spotkanie" Susan Hill, "Milczenie" Jerzego Szczygła, "Kamienne niebo" Krzysztonia, "Lalka", "Samobójczynie" Eugenidesa, poza tym wszelkie książki o obozach koncentracyjnych, o wywózkach na Syberię, pamiętniki matek mających chore dzieci i wiele, wiele innych.
    PS. A mnie "Ptaszyna" nie przygnębiła. Owszem, życie bohaterki było puste, ale jednak miała ona dom, miała kochających rodziców, miała środki do życia, żyła w bezpiecznych czasach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie mamy sporo wspólnego, ja też wolę książki smutne, a do happy endów czuję (ostatnio) awersję :-) Zastanawiałam się nad przyczynami tej "skłonności" - fakt, że smutne historie łatwiej poruszają w nas tę 'czułą strunę' to chyba największy magnes literatury "poważnej". I najważniejszy powód, dla którego ją czytamy.
      Dzięki za rekomendacje!, tym bardziej, że oprócz "Lalki", żadnej z tych książek jeszcze nie czytałam (myślałam, żeby "Lalkę" umieścić na mojej liście, bo to niewesoła w gruncie rzeczy historia, ale w końcu tego nie zrobiłam). Dzięki Tobie mam lektur dość nie na jedną, a na dwie jesienie!
      P.S. Nie patrzyłam na "Ptaszynę" z tej strony. Niby zawsze może być gorzej, ale Ptaszyny akurat nie potrafię wyobrazić sobie w gorszym niż powieściowe położeniu. Ogromna w tym zasługa Kosztolanyi'ego - stworzył postać, dla której nie ma żadnej nadziei, której nawet dom i kochający (ale czy na pewno?) rodzice nie są w stanie uchronić przed losem. Żadna książka tak mnie nie "przeczołgała" jak "Ptaszyna" właśnie. Mistrzostwo!
      P.S. 2. Zdążyłam się już ucieszyć, że Eugenides napisał nową rzecz (albo że napisał coś, czego jeszcze nie czytałam), ale okazuje się, że "Samobójczynie" to po prostu inny tytuł "Przekleństw niewinności". Uwielbiam tę książkę, ekranizację zresztą też (co nie zdarza się często, bo wolę słowo od obrazu) :-)

      Usuń
  4. uwielbiam smutne książki, a te z happy endem wydają mi sie po prostu tak mało prawdziwe...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Tobą w zupełności! Z drugiej strony, warto docenić, że przynajmniej literatura dostarcza szczęśliwych zakończeń - skoro życie w tej kwestii bywa oszczędne ;-)

      Usuń
  5. Nie lubię smutnych książek. Czytam je, przeżywam i dlatego nie lubię - co za bardzo później one we mnie siedzą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może mały czytelniczy detoks między jedną a drugą smutną lekturą? ;-) Jedna weselsza książka na, dajmy na to, trzy smutne? Mnie to czasem pomaga, gdy smutku zbyt wiele.

      Usuń
    2. Już raczej się u mnie sprawdzi zestaw "trzy wesołe - jedna smutna" :)

      Usuń
    3. Przepis na lekturę można dowolnie modyfikować - i to jest w czytaniu najfajniejsze ;-)

      Usuń
  6. Happy end - zarówno w literaturze jak i w filmie - niezwykle rzadko wydaje mi się czymś na miejscu (zważając na to, że nie oglądam komedii romantycznych). Tym co naprawdę pobudza jest gorzka pigułka, którą trzeba przełknąć a później męczyć się z jej konsekwencjami. Uwielbiam depresyjną literaturę! Na jesień mam zawsze ogromną ochotę na dramaty Sarah Kane, niezmiennie dołujące. Polecam. A w wersji pisanej prozą "Musimy porozmawiać o Kevinie", "Czy jest ktoś, kto cię kocha", albo "Poza ciszą" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z pewnością łatwiej trafić do czytelnika dzięki przygnębiającym historiom, a nie ckliwym, cukierkowym opowiastkom. Zastanawiam się (odzywa się we mnie zawodowa dociekliwość), czy upodobanie do książek smutnych, depresyjnych wiąże się z jakąś dyspozycją osobowości (wrodzonym genem smutku?). Analogicznie, unikanie takich książek mogłoby iść w parze z cechą przeciwstawną. A może niektórzy muszą mieć na dany typ literatury akurat ochotę.
      Kilka lat temu widziałam film na podstawie powieści, o której piszesz - "Musimy porozmawiać o Kevinie". Przerażający! "Poza ciszą" to, jak się właśnie okazało, jedna z niewielu książek Carrolla, której nie czytałam :-)
      "Czy jest ktoś, kto cię kocha" - sam tytuł brzmi groźnie ;-). Takie pytanie zmusza do rewizji uczuciowych, które rzadko bywają łatwe (domyślam się, że bohaterowie tej książki udzielają odpowiedzi przeczącej). Dziękuję za wszystkie tytuły! :-)

      Usuń
    2. Jestem pewna, że tak właśnie jest. Oczywiście u niektórych osób jest to tylko kwestia gustu, ochoty na dany czas. Jednak jak najbardziej sądzę, że może to być pewna cecha osobowości, mniej lub bardziej ujawniająca się. Można przecież śmiało powiedzieć, że jest to pociąg do odczuwania smutku, który nie należy do najprzyjemniejszych. Czyżby więc był to masochizm czy raczej próba oczyszczenia?

      Film jest owszem straszny, jednak książka dużo mocniej przygnębia (choć nie ma Tildy Swinton ;)). Szkoda tylko, że już znasz zakończenie - trochę to psuje odbiór. O zbiorze "Czy jest ktoś, kto cię kocha" pisałam jakiś czas temu. Jest gorzki, to chyba najlepsze słowo. Ma w sobie rozpaczliwe poszukiwanie miłości, a to jest jak strzał prosto w serce. Teraz pomyślałam jeszcze o "Białym hotelu", ale on jest smutny w pewien tajemniczo-freudowski sposób ;)

      Usuń
    3. To naprawdę ciekawa sprawa. Wcześniej po prostu lubiłam smutne książki - właściwie niezależnie od nastroju czy chwili i nie zastanawiałam się nad tym, dlaczego. Uległo to zmianie, odkąd mam cyfrowy pamiętnik. Najbardziej optowałabym za tym, że osoby o określonych dyspozycjach poszukują w świecie bodźców, które odpowiadają ich rejestrowi. Gdzieś (być może w jednej z jego powieści?) czytałam, że Houellebecq, któremu prywatnie również bliżej do smutku, niż ekstatycznej radości, nie przepada za słońcem i pogodnymi dniami. Woli, gdy nawet pogoda dostraja się do jego samopoczucia... Może masochizm to dobry trop ;-)
      Tak, Tilda to zdecydowany magnes - siłą rzeczy, wyłącznie filmowy ;-) "Biały hotel" bardzo mnie zaintrygował. Wygląda na to, że to w 100% moje klimaty!

      Usuń
  7. Szklany klosz mam od dawna w planach. Książka już leży i czeka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przygotuj się na naprawdę przygnębiającą lekturę...!

      Usuń
  8. Dla mnie ciąg przyczynowo-skutkowy, jeśli chodzi o smutną literaturę jest nieco inny. Dobra literatura bywa smutna, bo i takie jest życie, takie emocje leżą w ludzkim spektrum. Inna sprawa, że akurat dla mnie czytanie o problemach innych dostarcza tylko tymczasowego dystansu. Koniec końców to nie moje problemy, a to, że ktoś ma gorzej, nie umniejsza moich przeżyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgoda, to smutne życie inspiruje smutną literaturę, nie na odwrót.
      Trick z perspektywą nie na każdego, jak widać, działa. Swoją drogą, myślę, że jest w nim coś mało empatycznego, skoro czyjeś trudne położenie może nieść pocieszenie. To jakby cieszyć się z cudzych nieszczęść. Z drugiej strony, można w literackim smutku odnaleźć ukojenie wynikające z faktu podobnych, wspólnych przeżyć. Można dać się zainspirować i łatwiej znaleźć wyjście z własnej kłopotliwej sytuacji.

      Usuń
  9. Świetnie to wszystko wyjaśniłaś - z psychologicznego punktu widzenia. Jest jeszcze punkt widzenia literacki. Chyba znacznie trudniej jest opisać szczęście tak, żeby nie wyszła z tego kiczowata, polukrowana historyjka, zakłamująca rzeczywistość, niż napisać książkę artystycznie smutną. Więc książki "wesołe" są często na gorszym poziomie literackim niż książki "smutne", a nie ma nic bardziej przygnębiającego niż czytanie słabizny (chyba, że jest to aż tak złe, że aż śmieszne). Chociaż różne epoki przejawiają w tym względzie różne mody. Podejrzewam, że gdyby Jane Eyre była bohaterką współczesnej powieści, nie skończyłaby jako szczęśliwa pani Rochester, co najwyżej jako wdowa po Rochesterze. Bo dzisiaj chyba z góry uznaje się happy end za kicz, co często jest prawdą, ale przecież niekoniecznie. No i jeszcze jedno: czy smutna książka koniecznie jest bez happy endu? Wspomniana "Jane Eyre" jest tu chyba dobrym przykładem.

    I zgadzam się, "O psie, który jeździł koleją" to jest bardzo smutna książka. Czytałam tylko raz w wiadomym wieku, ale płaczę nad nią do dzisiaj ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka bez "happy endu" jako książka "smutna" to oczywiście uproszczenie, które nie wyczerpuje tematu. Masz rację, są smutne historie, które dobrze się kończą ("Jane Eyre" jest przykładem idealnym), bywają wesołe, które mają finał tragiczny. I można wyróżnić kategorię kolejną: są smutne opowieści, pisane z humorem (jak choćby mistrzowskie "Prochy Angeli" McCourta) i historie wesołe, opowiadane z nostalgią (np. "Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki" Marcela Pagnol).
      Nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, ale myślę, że zarówno "wesołe", jak i "smutne" historie obarczone są literackim ryzykiem. O ile z pisaniem o szczęściu wiąże się niebezpieczeństwo kiczu i banału, przelewanie na papier smutku może skutkować patosem i egzaltacją. A przesadzony literacki smutek budzi efekt w najgorszym razie komiczny, w najlepszym - odwrotny od zamierzonego.
      Płakałam jak bóbr nad tym biednym psem, który jeździł koleją... Podobną ilość łez wylałam już w wieku całkiem dorosłym nad książką "Marley i ja" (kolejny przykład pogodnej historii ze ściskającym serce finałem). I na filmie o tym samym tytule (pocieszenie w tym wypadku niósł fakt, że płakało razem ze mną całe kino ;-) ).

      Usuń
    2. Oczywiście, zgodzę się z Tobą, ale mimo wszystko wydaje mi się, że tego drugiego niebezpieczeństwa łatwiej jest uniknąć.

      Za "Marleya" nawet się nie będę zabierać... ;)

      Usuń
    3. Ciekawe, dlaczego szczęście, literacko banalne, w tzw. prawdziwym życiu nie zdaje się kiczem, tylko - ideałem...
      "Marley" wyłącznie z ogromnym zapasem chusteczek!

      Usuń
  10. "Nostalgia anioła" - bardzo piękna i smutna książka. Nie bez przyczyny polecała mi ją pani z księgarni.
    W melancholijną aurę świetnie wpisuje się powieść "Na górze cisza" Gerbranda Bakkera. Napisana oszczędnym językiem, kameralna, aż kipi od ukrytych emocji. W tej książce cisza może być niesamowicie głośna, polecam:
    http://www.empik.com/na-gorze-cisza-bakker-gerbrand,p1090935432,ksiazka-p
    tommy z Samotni

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Nostalgia..." to bardzo wzruszająca rzecz. Film też, muszę przyznać, udany. Alice Sebold, oprócz "Nostalgii anioła", napisała równie przygnębiającą "Córeczkę" (polecam!).
      Dziękuję za link! "Na górze cisza" zapowiada się bardzo interesująco - uwielbiam takie niespieszne historie, których siła kryje się za chłodem pozorów ;-)


      Usuń
  11. "Przypadek Alicji" i chyba wszystkie książki Jelinek jakie czytałam - "Pianistka" idzie na pierwszy ogień. Jest mnóstwo wstrząsających reportaży- trylogia Hatzfelda o ludobójstwie w Rwandzie, wcześniejsze książki Tochmana. Jak sobie coś jeszcze przypomnę, to dopiszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Przypadek Alicji" to dla mnie nowość - dzięki :-) Jelinek, no tak - klasyka smutku...
      A tak na marginesie, ile smutnych historii dokoła - tych prawdziwych i fikcyjnych...!

      Usuń
  12. ...żeby się nie czuć samotnym w problemie.... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To też, to na pewno, a może nawet - przede wszystkim!

      Usuń
  13. Przeczytałam gdzieś, że szczęście jest nudnym tematem dla literatury. Jak można ciekawie opisać bieg zdarzeń, jeśli wszystko układa się pomyślnie, a każdy dzień spełnia nasze oczekiwania. Tak brzmiał początek mojego pierwszego wpisu na blogu :) I to prawda - niezwykle trudno jest opisać zwykłe, szczęśliwe życie, aby opowieść nie zamieniła się w banał. Pewnie dlatego i ja tak lubię literaturę lekko dołującą, bo wydaje mi się bliższa życiu, bardziej prawdziwa. A czy jest ona dla mnie pokrzepiająca? chyba nie, ale daje możliwość spojrzenia na to, co mnie otacza z innego punktu widzenia, ona mnie ubogaca, wzrusza, porusza, czasami przeczołguje. Kiedy tymczasem wesoła historyjka zwyczajnie nudzi, a nie odpręża. Dzięki za całą listę czytelniczych inspiracji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda - literacko szczęście wypada blado. W książkach nudzi, za to w życiu jest niedoścignionym ideałem (ciekawa rozbieżność, prawda?). Świetny pomysł na inauguracyjny wpis! Zauważam, że wpisy ogólniejsze inspirują do ciekawszych dyskusji niż opinie o konkretnych książkach, nawet tych popularnych i czytanych.
      Z książkami "smutnymi" mam podobnie, choć uważam, że taka literatura również, paradoksalnie, pociesza. Właśnie - "ubogaca, wzrusza, porusza", a w konsekwencji - krzepi, podsuwa nowe pomysły, otwiera jakieś drzwi.
      Inspiruj się do woli :-) Z całej dziesiątki polecam najbardziej "Ptaszynę", "Drogę do szczęścia" (i wszystkie pozostałe powieści Yates'a) oraz "Z zimną krwią" Capote. Ta ostatnia jest przede wszystkim przerażająca, ale zarazem, w jakiś tajemniczy sposób - smutna. Majstersztyk.

      Usuń
    2. Dokładnie, w życiu dążymy do szczęścia, którego nie możemy dosięgnąć, wszak szczęśliwym się bywa, choć czasami chciałabym polemizować z tym stwierdzeniem. Żadnej z polecanych książek nie czytałam, poza Steinbeckiem, którego bardzo lubię. Drogę do szczęścia - oglądałam ekranizację, więc chyba trudno powiedzieć, że znam.

      Usuń
    3. Poza paroma wyjątkami, ekranizacje książek - w mojej prywatnej opinii - wypadają zwykle słabiej niż ich literackie pierwowzory. "Droga do szczęścia" nie jest wyjątkiem, choć to naprawdę dobry film (żal tylko, że Leo nie dostał za swoją rolę Oscara...!). Za to powieść jest po prostu doskonała.

      Usuń
  14. Kilka razy pisałam u Ciebie komentarz. Niestety nie widzę go, więc albo piszę jakieś głupoty, albo to problemy techniczne :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S. Zalogowałam się na bloga przed chwilą, a ponieważ mam włączoną moderację komentarzy, to Twoje pojawiły się dopiero teraz. Co do komentarzy wcześniejszych - od dawna od Ciebie żadnych nie było, a publikuję wszystkie, z wyjątkiem reklam :-(

      Usuń
  15. Też mam moderację komentarzy, więc rozumiem Ciebie dobrze. W takim razie to chyba moja skleroza :) czasami zaczynam pisać komentarz i zawiesza mi się komputer, a ja jestem przekonana, że się wypowiedziałam :) Sprawdziłam, że pod wpisem Książka na Halloween - też wydawało mi się, że się wypowiadałam. No cóż- starość nie radość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno nie dostałam Twojego komentarza pod postem o strasznych książkach... Wygląda na to, że winne są komputery - zdarza się. Ale szkoda, że ominęło nas kilka okazji do blogowej rozmowy. Co się jednak odwlecze, to nie uciecze! ;-)

      Usuń
  16. Bardzo lubię smutne książki, jakkolwiek dziwnie to brzmi :) Kocham wszelkie dramty, uśmiercanie bohaterów i mocne uderzenia w emocje. Niestety jedyne, co mogłabym Ci polecić to romasidła, więc nie zrobię tego :)
    PS. Twój blog znajdzie się w zestawieniu polecanych, które opublikuję jutro na blogu. Jedna z moich czytelniczek uwielbia do Ciebie zaglądać i czeka na więcej tekstów :)
    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj w klubie! :-) "Uderzenia w emocje", no właśnie. Myślę, że to dlatego "smutne" książki mają tylu fanów - wzbudzają silniejsze uczucia i angażują czytelnika bardziej niż mdłe, ckliwe historie o szczęściu.
      Bardzo mi miło, dziękuję! Zapraszam, będę się starać ;-) Pozdrowienia!

      Usuń
  17. Czytałam "Pożegnanie z bronią", urzekła mnie swoją prostotą i prawdziwością. Należę do tej części czytelników, którzy wracają co pewien czas do smutnych powieści, nie wiem z czego to wynika, może rzeczywiście, takie historie są bardziej realne, bliższe naszemu prawdziwemu życiu, a przez to łatwiej nam poczuć to, co czuje bohater. Jednak nie jest to mój ulubiony rodzaj książek, wolę te, w których coś się dzieje, jest wesoło, czasem brutalnie, a tymi smutniejszymi opowieściami zajmuję się tylko raz na pewien czas.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, Hemingway idealnie pasuje do "smutnej" listy.
      To ciekawe - czytamy daną literaturę, najczęściej nie zastanawiając się, dlaczego ciągnie nas właśnie do takich, a nie do innych książek. Odpowiedź na to pytanie może być równie interesująca i ważna jak sama lektura. Moim zdaniem, w "smutnych" książkach też się sporo dzieje! Smutek ma przecież swoje konkretne - równie przykre - przyczyny. Choć, to prawda, nie znajdziemy w nich zwykle tzw. wartkiej akcji. Pozdrawiam również!

      Usuń
  18. Happy endy, to może niekoniecznie, ale przepadam za książkami wesołymi, ba, rechotliwymi nawet :). Ale od smuteczków, smutków i dołowaczy też nie stronię. Tyle że celuję w literaturę faktu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym miała zgadnąć, jakie książki lubi Bazyl - obstawiłabym właśnie "rechotliwe" ;-) (mało takich znam, chętnie usłyszałabym jakieś podpowiedzi).
      Literatura faktu - od której bynajmniej nie stronię - czasem bywa, jak na mój gust, zbyt dołująca. Smutek fikcyjny, zwłaszcza powieściowy, trawię najlepiej. A wręcz za nim przepadam!

      Usuń
    2. Rechotałem przy obydwu częściach Wawrzyńca Pruskiego. I przy "Dożywociu". I przy "Wiedźma.com.pl". I przy "PL-BOyu". I przy kilkunastu innych, których nie pomnę :)
      A że smutek prawdziwy cenię bardziej niż fikcyjny, to jednak non-fiction. Byle nie za wiele. Jedna Aleksijewicz czy taki Klukowski potrafią mi wystarczyć na dobry rok.

      Usuń
    3. Dzięki za mnóstwo wesołych podpowiedzi :-) Znam z nich jedynie "PL-Boya" (Szczygielski rozśmiesza również w "Nasturcjach i ćwokach" oraz w "Farfoclach namiętności"). Przypomniałam sobie, że obśmiałam się jak norka przy lekturze "Zjem to, co ma na sobie" Davida Sedarisa. I przy książkach Chmielewskiej.
      Racja, smutek trzeba dawkować z umiarem. Zwłaszcza non-fiction.

      Usuń
  19. Mam dylemat. Z jednej strony niemal każdemu bohaterowi życzę wszystkiego co najlepsze, a z drugiej gdy książka kończy się dobrze, to odczuwam pewien niedosyt. Wydaje mi się, że katharsis wbrew pozorom nie jest starożytną, przestarzałą kategorią i czytelnik odczuwa ją podczas czytania „smutnych” książek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie, katharsis to nie jest przeżytek - emocje mamy nadal te same...

      Usuń
  20. Ja, jak wiesz, uwielbiam smutne książki i tragiczne historie. Mam słabość do bohaterek, które coś robią, starają się, a i tak nie wygrywają z przeznaczeniem (czy zwyczajny przypadek staje im na drodze). Lubię, kiedy bohaterki chcą i walczą o coś więcej, a potem przegrywają z jakąś nieokreśloną siłą. (Okej, mam nadzieję, że to wszystko nie brzmi tak źle, jak mi się zaczęło wydawać po ponownym zerknięciu). Z powyższego zestawienia czytałam książkę Chutnik i "Szklany klosz" - ta pierwsza nie jest w całości przepełniona smutkiem, o którym myślę. Może i nie umiem ich zdefiniować, ale wyczuwam różne rodzaje smutku literackiego. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj w klubie Miłośniczek Literackiego Smutku! ;-)
      Czy znasz książki Stefana Zweiga? Właśnie przeczytałam kolejną jego powieść (za chwilę umieszczę opinię na blogu) i, w moim prywatnym rankingu to właśnie ten autor, wespół z Plath, jest mistrzem rozwianych złudzeń i nadziei. Po prostu czuć, niemal od samego początku, że bohaterowie jego powieści nie mają z losem (tą "nieokreśloną siłą") żadnych szans. Podobnie w literacko mistrzowski sposób swoich bohaterów za życia "uśmiercał" Dezső Kosztolányi. Myślę, że to jest ten rodzaj smutku, jaki lubisz najbardziej.
      Są literackie smutki i smuteczki. Tak czy inaczej, smutne książki są zawsze prawdziwsze, bliższe życiu.
      A przede wszystkim - miło Cie widzieć po długiej przerwie! :-)

      Usuń
    2. O, to już pędzę czytać nowy wpis! Zweiga nie czytałam, ale znam "Ptaszynę" i tak, bardzo mi się podobała (można powiedzieć: zadomowiła się w gnieździe mojego serca). :)
      W zasadzie w każdej dobrej opowieści znajduję sobie taką tragiczną postać - teraz czytałam książkę niby dla dzieci (ale czy dzieci dostrzegą nawiązania do innych utworów? - a więc: nie tylko dla dzieci), gdzie protagonistka i późniejsza antagonistka chciały poznać Krainę Czarów, ta druga, choć próbowała być dobrą królową, przegrała z losem. Bardzo smutna baśń o dzieciach uciekających od głodu i pijanych rodziców w świat czarów.

      Usuń
    3. Lektura "Ptaszyny" to bolesne doświadczenie. Ale jest to ten rodzaj bólu, do którego chce się wrócić i doświadczyć go ponownie, bynajmniej nie z pobudek masochistycznych, ale żeby... no cóż, żeby przejrzeć na oczy.
      Zaintrygowałaś mnie tą smutną baśnią - zaraz zajrzę do Ciebie :-)

      Usuń