Strony

18.11.2015

Być jak Jacek Dehnel: "Dziennik roku chrystusowego" Jacek Dehnel

W życiu każdego nadchodzi czas, kiedy rocznice kolejnych urodzin raczej przygnębiają, niż cieszą. Czas, gdy prywatny licznik przyspiesza i, zamiast ochoty na szampańską fetę, przynosi strach przed starością. Za przełomowe momenty w osobistych biografiach zwykliśmy uważać daty okrągłe - kryzysową "trzydziestkę" i "czterdziestkę", ale symboliczny jest również wywodzący się z tradycji religijnej rok chrystusowy. Trzydzieste trzecie urodziny to umowna cezura między młodością mężczyzny a wiekiem dojrzałym (a przynajmniej - dojrzalszym), między pełnią a nieubłaganym schyłkiem. To data szczególna (statystycznie rzecz biorąc, to prawie połowa męskiego życia), prowokująca do pierwszych podsumowań i bilansu życiowego półmetka. Tak też stało się w przypadku Jacka Dehnela, którego relacja z dwunastu miesięcy między trzydziestymi trzecimi a trzydziestymi czwartymi urodzinami, ukazała się niedawno drukiem pod postacią "Dziennika roku chrystusowego". 
Poza, jaką autor przybiera na okładce, imitująca słynny "Autoportret" Dürera, jest wskazówką co do zawartości diariusza. Odwołując się do renesansowego malarza, pisarz nie ukrywa swojej fascynacji przeszłością - w jego dzienniku to, co minione, bezustannie ściera się z chwilą obecną. Jeden z najpopularniejszych polskich prozaików i poetów swój rok chrystusowy rozpoczyna seansem "Lśnienia" Kubricka. Bez obaw, symboliczne pożegnanie z młodością nie jest u Dehnela czasem grozy i niepokoju. Przeciwnie, trzydziesty trzeci rok życia upływa mu całkiem zwyczajnie, nomen omen - prozaicznie. Wydawałoby się, że życie pisarza usłane jest różami: nakłady i nagrody, wywiady i autografy, podróże i literackie festiwale. Owszem, są blaski, ale diariusz Dehnela to również - a może przede wszystkim - cienie. Cienie niezadowolenia z polskich realiów, trudu pisarskiego powołania ("Matkę Makrynę" ciężko się pisze) oraz borykania się z "bieżączką rzeczywistości".
Dehnel to skrupulatny kronikarz i komentator z wyraźnym publicystycznym zacięciem. Zadowolony z życia prywatnego, nierad temu i tym, co wokół. Pisarskie pióro - z wyjątkowo zaostrzoną stalówką - wycelowane jest w "Dzienniku" w "pańcie", "dziunie" i "babony", z którymi pisarzowi przychodzi dzielić miejsce w przedziałach pociągów, w "chłopów" z mentalnym wąsem, w internetowych hejterów, w szeleszczącą papierkami od cukierków publikę eleganckich koncertów, w kościół katolicki, ogólnie - w polski światopoglądowy zaścianek. Dostaje się nie tylko Polakom, Dehnel bywa malkontentem również po przekroczeniu granicy - czeska nieuprzejmość, tak sprzeczna z narodowym stereotypem, wywiera na nim wrażenie dość silne, aby zostawiło ślad w dzienniku. Rodzajowe scenki są okazją do psychologicznych obserwacji - choćby ta na warszawskich Powązkach, gdzie podczas Zaduszkowej kwesty okazuje się, jak wiele da się o człowieku powiedzieć, wnioskując z jego gotowości do rozstania się z gotówką (na zbożny, dodajmy, cel). Można się z poglądami autora nie zgadzać, można z nimi polemizować, ale odmówić mu wyczulenia na codzienne błahostki, te, które potrafią życie uprzykrzyć najbardziej - nie sposób.
Są więc cienie, ale do "smugi cienia", na szczęście, Dehnelowi daleko. Pisarz ma dystans i poczucie humoru, co udowadnia, dopisując zabawne puenty nieśmiesznym zdarzeniom, cytując anegdoty i plotki o sobie samym. Gani, ale też chwali - zwłaszcza młodych, ich gust i styl, które ma okazję podziwiać na ulicach i festiwalach sztuki wszelakiej. Wkroczywszy w wiek chrystusowy, jest wciąż młody duchem - istnieje w mediach społecznościowych, surfuje po "netowej autostradzie", gra w "Cywilizację", odwiedza knajpy, muzea, sąsiadów i dba o swój związek, nie tracąc ochoty na flirt. Ale przede wszystkim pisze i czyta (Pilcha, Mrożka, Myśliwskiego, Bernharda, Calvino, White'a), dzieli się upodobaniami kulinarnymi ("tak" dla młodego bobu i orzechów włoskich), podaje przepis na wiśniówkę. Pisząc o ulubionych autorach, zagląda im w biografie, poszukując przełomowych dzieł i symbolicznych momentów przypadających na trzydziesty trzeci rok życia. Jest w ciągłym ruchu, przemierza Polskę i świat w podróżach służbowych oraz tych przedsiębranych turystycznie, ale potrafi się zatrzymać, choćby po to, aby tropić ślady rozpadu i entropii. Organizuje remont przedwojennej kamienicy, porządkuje Cmentarz Żydowski, wspomina przodków, odwiedza targi staroci - wszystko po to, aby przeszłość konserwować, wypowiadając prywatną wojnę przemijaniu.
Dążenie do ocalenia przeszłości widocznie jest w pietyzmie, z jakim Dehnel relacjonuje swój przełomowy rok - są tu błahostki, strzępy i strzępki życia, jest rzeczywistość bez filtra. Czyta się to, owszem, z ciekawością, ale momentami z poczuciem, że to relacja zbyt gęsta od słów i detalu. O brak autocenzury i sita, jakie dostają diariusze utkane ze zdarzeń spisywanych po latach, winić tu można sam koncept bieżącego sprawozdania z "tu i teraz". Autor jest zresztą tego świadom:
"(...) ilekroć zaczynałem pisać dziennik, przerażało mnie to, co przeraża i teraz: obfitość. Nie mam miary w rejestrowaniu własnego świata".*
Są smaczki, ale czasem brak wyrazistego smaku; jest analiza, chciałoby się diagnozy i wniosków. Dehnel zdaje się jednak podsumowywać swoje dwanaście chrystusowych miesięcy bez ekscytacji:
"Był to rok paru dalekich podróży, wyremontowania kamienicy, kuchni i zębów, spotkań z ludźmi i książkami, rozmów przeprowadzonych i podsłuchanych; nie zdarzyło się w nim nic szczególnie dobrego ani złego. Przesunięcie o jeden koralik na sznurku niewiadomej długości. Jak co roku: trwanie i przemiany zarazem, jedna jedyna różnica: że zapisane".**
Minęły dwa lata od chwili, w której Jacek Dehnel przekroczył swój mini-rubikon. Możliwe, że nawet ta krótka perspektywa sprawiła, że pisarz już wie, które ze zdarzeń, tak skrzętnie w dzienniku odnotowanych, okazało się istotne, a które, choć zarejestrowane, i tak uleciało z pamięci, pozostawiwszy po sobie pustą skorupę liter i słów, układających się w zdania, ale nie we wspomnienia. Można twierdzić, że pisanie diariuszy to nie jest zajęcie dla młodych i że dzienniki winny być czymś więcej, niż zwykłą transkrypcją chwil. Wbrew wszystkiemu i pomimo wszystko, możliwość zajrzenia do umysłu pisarza - a zwłaszcza pisarza ulubionego - to zawsze gratka nie lada.
Dehnel, J. (2015). Dziennik roku chrystusowego. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa.
* tamże, str.9;
** tamże, str. 510

31 komentarzy:

  1. Obserwuję akurat biblionetkową dyskusję o "Dzienniku..." i Jackowi Dehnelowi obrywa się w niej za nazywanie kobiet "prukwami". Przyznam, że mnie te "prukwy" zirytowały, bo uważam, że jest to słowo mocno obraźliwe i pisarz nie powinien go używać wobec kobiet, szczególnie obcych, które nic mu przecież złego nie zrobiły. Wracając do książki: widzę, że warto ją przeczytać, ale trzeba się przygotować na lekkie przegadanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, "dziunie" i "pańcie", o których wspomniałam, są, w porównaniu z "prukwami" trochę bardziej "lajtowe". Dobór słów jest dyskusyjny, ale, odnoszę wrażenie, że te negatywne etykietki, wycelowane są w pewien anonimowy ogół, w pewne zjawisko szersze, a nie w konkretne jednostki. Czy to osłabia ich wydźwięk? Chyba nie.
      No i nie jest do końca tak, że one "nic mu złego nie zrobiły", bo ponoć robią - swoim uprzykrzaniem rzeczywistości, swoją bytnością w niej głośną i autora irytującą, w pociągu, autobusie, w sklepie. Hmm. Cóż, można rozmawiać o poziomie kultury społeczeństwa, ale - pełna zgoda - być może nie trzeba robić tego w dosadny i mało elegancki sposób. Gwoli sprawiedliwości - dostaje się również mężczyznom ;-)
      Jeden rok na ponad pięciuset stronach - jest obfitość! Tak czy inaczej, uważam, że warto.

      Usuń
    2. A propos - przypomniało mi się bardzo ostatnio popularne nazywanie społeczeństwa w mediach "trzodą", "buraczaną hołotą" i tym podobnymi inwektywami. Nie chcę relatywizować, ale przy tym nawet "prukwa" zdaje się tracić nieco obraźliwego wydźwięku...

      Usuń
    3. To ja jeszcze dodam, że autor jest chyba ryzykantem, bo przez nazywanie niektórych kobiet prukwami może stracić część czytelniczek :)
      Mnie też nieraz te rozplotkowane panie drażnią , ale nawet w myślach nie określam ich żadnymi obraźliwymi słowami. Ot, dla mnie to dokuczliwi ludzie, których obecność przyjmuję z obojętnością. Świat nie należy do mnie, muszę godzić się z tym, że chodzą po nim denerwujący ludzie, spokój i ciszę znajduję w domu. I tym się zadowalam.

      Usuń
    4. ... i czytelników, zwłaszcza tych wąsatych ;-)
      Zazdroszczę Ci szczerze tego spokoju, bo sama często - zbyt często - irytuję się różnymi błahostkami, zwłaszcza tymi, co na zewnątrz. Nie mam na nie wpływu, co irytuje dodatkowo ;-) Jak powiedział Hemingway, denerwować się to mścić się na własnym zdrowiu za głupotę innych. A ponieważ chcę dbać o zdrowie, muszę to zmienić :-)

      Usuń
    5. Przyznaję, że i ja nie jestem tak wyrozumiała, jak koczowniczka i często w myśli żongluję epitetami nad zachowaniem współtowarzyszy podróży (przez życie również). I też myślę, że w porównaniu do epitetów, jakie się słyszy/ czyta w mass-mediach to takie nazwanie pań, czy panów wydaje się dość lajtowe. Mnie by to akurat nie zrażało, bardziej to przegadanie. A to, że ten opisany rok taki sobie zwyczajny, może o to chodziło, że symboliczny wiek nie oznacza wcale przełomu. Zanim zabiorę się za Dziennik chyba postaram się przebrnąć przez MM. Saturn i Lala mnie zachwyciły, Balzakiana nieco mniej. Do Makryny podchodzę trochę z nieufnością.

      Usuń
    6. Koczowniczka prawdziwie imponuje mi swoim spokojem. A podziwiamy u innych te cechy, których nam brakuje, zatem świetnie rozumiem, co masz na myśli, mówiąc o żonglowaniu epitetami ;-)
      To prawda, w porównaniu z językiem mass-mediów, epitety z "Dziennika" wydają się drobnostką. W kwestii przegadania - co kto lubi. Tu nie chodzi o objętość jako taką (Dehnela zwykle mogę czytać i czytać), ale o szczegół, detal i powtórzenie, które, mam wrażenie, można by zastąpić bardziej interesującą treścią. Bo wiemy, że Dehnel to potrafi - właśnie, choćby z "Saturna" czy "Lali". Nawet o nieciekawym da się przecież ciekawie pisać. I owszem, wniosek, że rok, który miał być przełomowy, takim się nie okazał, to też jest wniosek, który by literacko nie raził, gdyby nie wspomniane przegadanie. Ale ogółem - nie jest źle, jest zajmująco, bywa zabawnie.
      Do "Matki Makryny" mam mieszane uczucia. Trochę mnie wymęczyła. Ale wybaczam, bo przecież był "Saturn" - i dlatego jest wielki kredyt zaufania.

      Usuń
  2. 33 urodziny jeszcze przede mną i do głowy mi nie przyszło, żeby spojrzeć na nie pod innym kątem niż na pozostałe. A po teksty Dehnela zawsze chętnie sięgnę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Osobiście również nie wierzę w takie "magiczne", "przełomowe" momenty, które ma prowokować jedynie taka, a nie inna data w kalendarzu (nawiasem mówiąc, pojęcie "roku chrystusowego" odnosi się raczej do mężczyzn).
      "Dziennik roku chrystusowego" tę prawdę potwierdza - to był, w przypadku pisarza, dość zwyczajny czas :-)

      Usuń
  3. Jaki ładny blog. Jaki mądry. Tylko od fioletowego tła dostaję oczopląsu. O matko! Na temat Dehnela - w punkt. (PS. Błagam , tło...)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa :-). Obawiam się, że na fiolet niewiele na razie poradzę. Nie jestem mocna w technicznych aspektach blogowania...

      Usuń
  4. Nie przekonuje mnie dziennik 33- letniego pisarza. Jakoś nie mogę się przełamać. Poza tym nie przepadam za Dehnelem. Ale w tym samym czasie wyszedł też dziennik Twardocha, który jest w zbliżonym wieku do Dehnela. Za Twardochem akurat przepadam, ale po dziennik nie sięgnę. Nie wiem czemu, ale mam jakąś awersję do młodych pisarzy. ciekawą recenzję napisał Nowacki, polecam: http://wyborcza.pl/1,75475,19128896,blogaski-w-okladkach-czyli-jak-dehnel-i-twardoch-swoje-pamietniki.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat z tym zarzutem zgodzić się nie mogę - że skoro młody, to pisać dziennika nie powinien i nie potrafi. Przysłowiowa "siwa broda" nie zawsze jest gwarancją życiowej mądrości ;-)
      O "Wielorybach i ćmach" Twardocha słyszałam już wiele, mam dziennik w planach. Bo ja dzienniki uwielbiam - te dawne, rzecz jasna, ale i te pisarzy współczesnych. To zawsze ciekawe zobaczyć, jak inni postrzegają tę samą rzeczywistość. Dzięki za link!

      Usuń
  5. Nie mam póki co w planach tej książki. Ale wiem, że autor ma być w ten weekend w Łodzi na targach. Może więc się skuszę, bo mnie zainteresowała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może w takim razie do lektury przekona Cię spotkanie z autorem :-). To chyba większe literackie tournee, bo słyszałam, że w planach są również inne miasta - premierę miał nie tylko "Dziennik", ale i projekt "Tajny Detektyw".

      Usuń
  6. Bardzo fajny tekst napisałaś. Jestem nim całkowicie usatysfakcjonowana. Tak że dziennika Dehnela już czytać nie muszę ;) Co za oszczędność czasu (i pieniędzy)! Dzięki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że to nie dlatego, że zdradziłam zbyt dużo...? Tak czy inaczej, szkoda, że nie zachęciłam Cię do lektury. Mnie ten dziennik, mimo pewnych zastrzeżeń, przekonuje - lubię wiedzieć, jak moje pokolenie widzi świat, który sama mam przed oczami. A na dodatek Dehnel nawet obfitość myśli i wrażeń potrafi zgrabnie zapisać.

      Usuń
  7. Z całej dyskusji, która rozpętała się po twardochowo-dehnelowym dziennikowaniu, mnie najbardziej od dzieł tych odciąga to, że nie ma w nich pazura. Literacko pewnie są znośne, ale dla mnie musi być w nich coś więcej, jeśli ma pokonać mą niechęć do zaglądania w cudze życie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli idzie o "Dziennik roku chrystusowego" (o "Wielorybach i ćmach" się nie wypowiem - jeszcze nie czytałam), to myślę, że pazur się tu znajdzie, choć nie ten "sensacyjny", polegający na odkrywaniu tajemnic czy plotek. Obserwacje obyczajowe, scenki rodzajowe z codzienności w kraju nad Wisłą, komentarze do rzeczywistości wprost zachęcają do polemiki, a dla wielu z pewnością mogą okazać się kontrowersyjne. To na pewno pazur, a przynajmniej - pazurek ;-)
      To podglądanie cudzego życia poprzez lekturę dziennika jest zupełnie legalne ;-) Autor sam nas do tego zaprasza. Osobiście dzienniki uwielbiam!

      Usuń
  8. Dziwne, że narzekał na to, że ciężko mu się pisze/pisało "Matkę Makrynę" bo przecież chyba połowa książki, to przetworzona broszura na temat głównej bohaterki z lat międzywojennych i w gruncie rzeczy "jechał na gotowcu". A tak się dobrze zapowiadał "Lalą" i "Saturnem".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie to też było zaskoczenie - choć z odmiennych powodów (miałam wrażenie, że nurkowanie w przeszłość, zwłaszcza dla kogoś, kto fascynuje się tym, co minione, to zawsze ogromna przyjemność, ale najwyraźniej tworzenie, czy nawet przetwarzanie, to nie to samo, co tworzywo).
      Voila: "(...) powieść to jakieś przekleństwo, orka, którą można przerwać, ale do której wraca się niebywale ciężko. Nie znoszę pisania powieści, a to jedyny - może dlatego właśnie - szanowany jeszcze w Polsce dział literatury. Miałbym ochotę rzucić całą tę 'Makrynę' i zabrać się do czegoś lekkiego i przyjemnego, do książki o zombie chociażby".
      Mam nadzieję, że zdarzy się jeszcze w wykonaniu Dehnela jakiś drugi "Saturn" ("Lala" - bardzo dobra, podobnie "Fotoplastikon" i "Balzakiana", ale "Saturn", tak! To jest zachwyt prawdziwy!).

      Usuń
    2. Po tym przytoczonym przez Ciebie cytacie można by pomyśleć, że "Makryna" to drugi "Ulisses" :-) a przecież jeśli "Makryna" nie jest lekka i przyjemna to nie dlatego, że jest trudna, tylko dlatego, że jest zwyczajnie nudna.

      Usuń
    3. Pisało się ciężko, czytało - mnie przynajmniej - nielekko... Możliwe, że to po części dlatego, że w przypadku tego autora, poprzeczka jest zawsze podniesiona wysoko. A może to korelacja nieprzypadkowa - pisarski trud wsiąka w karty powieści?

      Usuń
  9. Książka wydaje się być bardzo oryginalna. zastanowię się, może się polubimy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dehnela polecam właściwie w całości; na pierwszy ogień można wrzucić "Dziennik", czyli rzecz najnowszą, można też "Lalę", czyli pierwszą głośną.

      Usuń
  10. Póki co sięgnę po książki, które już mam. Zwłaszcza jestem ciekawa "Lali" i "Saturna". Mam też "Matkę Makrynę", bo też mnie zaintrygowała. Jeżeli zrobi na mnie wrażenie, chętnie sięgnę po jego prozę non-fiction:) Nazwałam Twardocha megalomanem. Widzę, że tu mnie czeka mniej więcej to samo;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Saturn" to dla mnie mistrzostwo :-) Polecam Ci zacząć od tej właśnie powieści, albo przeciwnie - najlepsze zostawić na koniec. "Fotoplastikon" to kolejna rzecz nie do pominięcia!
      Wydaje mi się, że forma dziennika wymusza, siłą rzeczy, koncentrację na "ja". Mnie to nie przeszkadza, sięgając po dzienniki, jestem przygotowana na spotkanie z "ego" autora ;-)

      Usuń
  11. Uwielbiam Dehnela głównie za "Lalę" i "Matkę Makrynę". Ciekawa jestem jakie wrażenia będę miała po lekturze dziennika.

    OdpowiedzUsuń
  12. Czytam "Dziennik roku chrystusowego" i odkładam co chwilę bynajmniej nie dlatego , że nudny .Bo nie ! Ale dlatego by znowu zajrzeć do "Lali" , "Rynku w Smyrnie" i "Saturna". Bo lubię pisanie Jacka Dehnela - jego postrzeganie rzeczywistości a nade wszystko zauważanie piękna we wszystkim nawet w prostej rozmowie w pociągu ..
    Autor zastanawia się w dzienniku czy nie za wcześnie na dziennik ... Ani za wcześnie ani za późno . Ja piszę dziennik nieprzerwanie od 50 lat i żałuję , że zaczęłam pisać dopiero jako 16.latka .
    Polecam gorąco tę książkę bo dziennik czyta się jak powieść. Wspaniałą

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powieści Dehnela, które Pani wymieniła, również należą do moich ulubionych (jedyna różnica - podałabym je w kolejności odwrotnej, zaczynając od tej najbardziej ukochanej, bo "Saturn" to, moim zdaniem, mistrzostwo).
      "Dziennik roku chrystusowego" wywołał sporo kontrowersji - bynajmniej nie ze względu na treść, ale właśnie dlatego, iż wielu uznało, że mężczyzna 33-letni jest zbyt młody na spisywanie diariusza. W tej kwestii również podzielam Pani zdanie: dziennik można pisać w każdym wieku, osoba młoda może mieć równie dużo do powiedzenia, jak człowiek bardziej doświadczony.
      Pół wieku spisane na papierze - kawał życia i historii w jednym! Szczerze zazdroszczę wytrwałości. Może pora zastanowić się nad publikacją?

      Usuń