Strony

02.12.2015

Muffiny po amerykańsku i delicje made in Poland: "Delicje ciotki Dee" Teresa Hołówka

Ćwierć wieku to długo i krótko zarazem. To czas wystarczający, żeby urosło drzewo i dojrzał człowiek, ale zbyt krótki, by biodegradacji uległa plastikowa butelka albo foliowa "reklamówka". Ćwierć wieku przeżyte w związku to dość, aby świętować srebrne gody, ale może nie wystarczyć, by kogoś poznać naprawdę. W tym czasie może zmienić się mapa świata - ustrój państw i polityczne granice, ale bywa, że to za krótko, by przebudować swoje prywatne podwórko.
Świętowaliśmy niedawno 25-lecie polskiej wolności. W bieżącym roku mija również 27 lat od ukazania się drukiem "Delicji ciotki Dee" Teresy Hołówki. Zarówno ćwierć wieku, przeżyte w nowej Polsce, jak i wspomniana książka - rówieśnica naszej wolności, uświadamiają, że trawa po drugiej stronie płotu n i e  z a w s z e jest bardziej zielona. 
"Delicje ciotki Dee" to zapiski z trzydziestu miesięcy spędzonych przez autorkę w Stanach Zjednoczonych w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia - jako stypendystka oraz żona męża na naukowym kontrakcie. Już na wstępie dowiadujemy się, że w "Delicjach..." nie będzie mowy o
"(...) kampaniach wyborczych, knowaniach "jastrzębi", trendach społecznych, nowych pomysłach lewicowców i prawicowców, slumsach i bezrobociu".*
Czym więc jest ta niewielka, licząca 164 strony książeczka, która nie ma ambicji być naukową rozprawą ani diagnozą amerykańskiego społeczeństwa sprzed prawie trzech dekad? To raport z codzienności na amerykańskim Midweście, sporządzony przez "rozbitka" z PRL-u, którego interesuje zwyczajne życie, a nie problemy, zajmujące jajogłowych w telewizyjnym studiu. Zderzenie kultur (czy raczej: obcych cywilizacji) najlepiej widać w zabawnych perypetiach, jakie spotykają autorkę niemal na każdym kroku. Na obczyźnie najbardziej zadziwia maszyneria do ułatwiania życia: papier toaletowy w różyczki, napełniający się wodą po brzegi sedes, drzwi na fotokomórkę, młynek do mielenia resztek, zainstalowany w każdym zlewie, brak kolejek w sklepach, obfitość i dostępność wszystkiego. Ci, którzy pamiętają polskie lata osiemdziesiąte, uśmiechną się pod nosem, czytając dziś o spotkaniach Hołówki z cudami ówczesnej techniki. Ich dzieci i wnuki zdziwią się natomiast, że - nie tak dawno przecież - można było nie wiedzieć, co to lunch i Tysiąc Wysp albo nie mieć pojęcia o działaniu automatu do kawy.
Hołówka, bogatsza o doświadczenie rodaków z dłuższym emigranckim stażem, nie uniknie gaf i nieraz poczuje się jak "Eskimos przeflancowany nagle na Hawaje".** Życie w małomiasteczkowej Ameryce odmalowuje z humorem i satyrycznym zacięciem. W mini-felietonach, składających się na "Delicje...", nie pada nazwa miasteczka, w którym mieszkała, ale dociekliwy czytelnik, znalazłszy w tekście informację, że to siedziba słynnego Instytutu Kinsey'a, bez trudu odgadnie, że chodzi o Bloomingdale w stanie Indiana. Tak wtedy, jak dziś, Indianie daleko do ekstrawagancji Nowego Jorku czy kalifornijskiego przepychu, ale dla przybysza z głębokiej komuny nawet nudny Midwest był niczym Dziki Zachód. 
Autorka bierze pod lupę amerykańskie życie, w którym wszystko jest "gładkie, wygodne, niekłopotliwe"*** i porównuje je z tym, które zostawiła za Wielką Wodą. Przygląda się szkołom, sklepom, szpitalom, miejscom pracy, lokalnym parafiom i programom telewizyjnym. Podziw i zazdrość dla amerykańskiej zmyślności miesza się z irytacją i złością - na natrętne reklamy, przyjęcia, na których, zamiast długich rozmów o życiu, praktykuje się small talk, na tubylczy stosunek do literatury (czytanie męczy, książki są drogie i zbierają kurz). Hołówka szybko odrabia lekcję z kulturowego zacofania i choć oswaja amerykańską rzeczywistość, to jednak się nią nie zachłystuje. Za dużo w ichniej egzystencji absurdu i płytkiego samozadowolenia, żeby można było zgodzić się
"(...) wychowywać dzieci bez podwórka, szkolnych lektur, kolonii, "dobranocki", harcerstwa".****
Nie odkładajmy "Delicji ciotki Dee" do lamusa. Są okazją do nostalgicznej podróży w czasie i garścią wciąż aktualnych wskazówek dla tych, którym marzy się amerykański sen. Oprócz obrazków z Ameryki, znajdziemy tu refleksję nad konsekwencjami, jakie dla współczesnych społeczeństw niesie imperatyw komfortu i bezstresowego życia. Lektura tej książki w roku 2015 uzmysławia, że przez ostatnie ćwierćwiecze w społeczno-ekonomicznym pejzażu Polski zaszły zmiany daleko większe niż za Wielką Wodą. To, co trzydzieści lat temu dziwiło i szokowało, już dawno dotarło na europejskie peryferia. Nowoczesność przyjęła się w kraju nad Wisłą, mamy więc, co chcieliśmy: nachalny marketing i rozpasaną konsumpcję, "szybkie jedzenie" i szybkie życie w pogoni za sukcesem. Implementacja zachodniego life style'u powoduje zanik wartości, których granica do niedawna przebiegała wzdłuż Odry - słowiański sentymentalizm wyparł mało romantyczny pragmatyzm oraz amerykańskie keep smiling. To cena, jaką płacimy za sytość i nowe możliwości.
Tytułowe delicje ciotki Dee to lody z supermarketu, reklamowane w amerykańskiej telewizji. Polacy nie gęsi, swoje delicje mają - z owocową galaretką, zatopioną pod czekoladową skorupką. Żeby je kupić, nie trzeba już stać w kolejkach.
Hołówka, T. (1990). Delicje ciotki Dee. Wydawnictwo Iskry, Warszawa.
*Tamże, str. 5
**Tamże, str. 15
***Tamże, str. 14
****Tamże, str. 83

12 komentarzy:

  1. Znam tę książkę, wpadła mi kiedyś w ręce przed wyjazdem do Stanów i przyznam, że była dobrym przewodnikiem na pierwsze miesiące pobytu. Lekka lektura, przyjemnie się czyta, sporo zabawnych sytuacji. Od tamtego czasu wiele się w Ameryce zmieniło, ale chyba więcej w naszym kraju. Żeby móc to porównać, najlepiej osobiście odwiedzić kraj Kaczora Donalda i Myszki Miki ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak sądzę, "Delicje..." to dobry przewodnik dla podróżujących do USA, na dodatek taki, który się przez ten czas praktycznie nie zdezaktualizował. Mam wrażenie, że Amerykanie są dziś tacy sami, jak 30 lat temu. Oczywiście, najlepiej sprawdzić to na własnej skórze :-)

      Usuń
  2. Rzeczywiście powieść już pukała do lamusa - przynajmniej mojego prywatnego, bo nawet wytężając pamięć nie przypomniałam sobie ani tytułu, ani autorki. Tym lepiej, że wyciągnęłaś tę króciutką książeczkę z niebytu, ja z chęcią pokuszę się na taki obraz Ameryki widziany oczami "rozbitka" ;) Chociaż sprzeciwiam się całkowicie, jakoby dzieciństwo bez harcerstwa było czymś anormalnym ;)

    Ps jakiś czas temu nominowałam Cię do LBA, więc informuję grzecznie. Jeśli będziesz miała ochotę odpowiedzieć na pytania, z chęcią poczytam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Delicje ciotki Dee" czekały na mnie długo (25 lat!) - odkurzyłam je niedawno przypadkiem. Teresa Hołówka jest profesorem logiki i, o ile mi wiadomo, "Delicje..." są jej jedyną nienaukową publikacją. Niedawno ukazało się trzecie wydanie.
      To lektura lekka i przyjemna, a ponadto, mimo upływu lat, jest w "Delicjach" wiele aktualnych informacji, zwłaszcza o amerykańskim stylu życia i mentalności. Mimo że również nie byłam zastępową "Stokrotką" ;-), to myślę, że chodzi tu o to, że dzieci w USA nie znają spontanicznej zabawy i podwórkowego życia. Harcerstwo z kolei - podobno - potrafi zaprawić w bojach lepiej niż jakakolwiek inna forma zorganizowanej aktywności.
      P.S. Niebawem odpowiem na wszystkie zadane pytania :-)

      Usuń
  3. A mnie ta książka rozczarowała i zdenerwowała. Byłam w Stanach, może krótko, może pod opiekuńczymi skrzydłami rodziny, ale byłam i widziałam, że jest inaczej niż pani Hołówka mówi. Bardzo stronnicza książka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ciekawe. Nie wiem, w jakim stanie/mieście byłaś, ale może to też ma znaczenie? Może np. metropolie są jeszcze inne niż odmalowany w "Delicjach..." Midwest, ponoć nudny i prowincjonalny, ale dający wyobrażenie o kraju. Nie sprawdzałam niestety naocznie, bo w Ameryce nie byłam, ale obraz przedstawiony w tej książce wydaje mi się spójny z przekazem, jaki na temat amerykańskiego społeczeństwa płynie z filmów, gazet i relacji emigrantów. Możliwe, że Ameryka zmieniła się przez ostatnie ćwierćwiecze bardziej, niż mi się - z oddali - wydaje. Możliwe również, że to skutek uboczny pisania, które ma za zadanie uchwycić "całość" obrazu.

      Usuń
  4. Nie znam tej książki. W Stanach niestety nie byłam a szkoda, bo bardzo bym chciało pojechać, Miałabym ochotę to przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam kolejność: najpierw książka, potem wycieczka za ocean. Albo na odwrót! ;-)

      Usuń
  5. Może postrzegam Amerykę stereotypowo, może mój obraz tego kraju jest wypaczony błędnymi wyobrażeniami, ale nigdy nie zachłysnęłam się amerykańskim snem. I to co kiedyś tak zachłystywało niektórych w Ameryce niestety przyszło już do nas (reklamy, przyjęcia z płytkimi dialogami, wychowywanie przez internet, system testów w szkole.....) Ale zastrzegam, to moje powierzchowne postrzeganie tego kraju, którego nie było dane mi poznać z autopsji. Poznaję przez literaturę, z której bardzo cenię sobie powieści Steinbecka (tyle, że to też inna Ameryka, ta której już? nie ma)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postawa autorki "Delicji..." jest podobna do Twojej. I mojej, przy okazji. Jest ciekawość, owszem, ale nadmiernej fascynacji brak. Spojrzenie z oddali jest prawdopodobnie obarczone błędami. Z drugiej strony, mamy już własną "Amerykę" nad Wisłą i widzimy na co dzień, jak dobrobyt i pełne półki zmieniają ludzi. W "Delicjach ciotki Dee" obraz Ameryki i Amerykanów jest taki, jaki dociera do nas z mediów czy filmu. Czy jest prawdziwy? Najlepiej byłoby sprawdzić osobiście :-)
      Trudna sprawa z tą Ameryką Steinbecka. I nie ma jej, i - być może - jest jeszcze obecna (w stanach rolniczych? w biedzie, w bezdomności, która jest za Oceanem, choć nieobecna w mainstreamowym przekazie). Wydaje mi się, że USA to kraj, który z trudem poddaje się uogólnieniom. Być może każdy stan powinno się rozpatrywać oddzielnie, podobnie zresztą jak różne regiony Polski.
      A literatura amerykańska - dla odmiany w ogóle i szczególe ;-) - jest jedną z moich ulubionych!

      Usuń
    2. Dlatego też postawiłam znak zapytania- troszkę prowokacyjnie. I myśl sobie, że nawet, jeśli dziś Ameryka boryka się z innymi problemami bo pisarstwo Steinbecka ma wymiar uniwersalny. Uwielbiam i Grona gniewu i Na wschód od Edenu. A poznać najlepiej byłoby osobiście- może kiedyś się uda? Trzeba wierzyć i mieć nadzieję.

      Usuń
    3. "Grona gniewu" to przejmująca powieść. Ale z "happy endem", a przynajmniej z zakończeniem, które nie odbiera nadziei.
      Kiedyś na pewno uda się zrealizować podróżnicze marzenia :-)

      Usuń