Strony

24.02.2016

39 ołówków, 8 temperówek i 1 pisarz: "Zawsze nie ma nigdy. Jerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak"

Podobno nieważne, jak się zaczyna, ale w jaki sposób się kończy. Jerzy Pilch jest - przynajmniej, jeśli chodzi o literaturę - odmiennego zdania. Jeden z najpopularniejszych polskich pisarzy ma "kult początku", zamiłowanie do zdania pierwszego, które zarazem powieść otwiera i całą w sobie mieści. 
Przyjrzyjmy się pierwszemu zdaniu, które wygłasza w swej najnowszej publikacji:
"Mój ojciec miał bibliotekę zajmującą jedną całą ścianę, on, być może bezwiednie, rozbudził we mnie miłość do książek".*
Pierwszy wywiad-rzeka z Jerzym Pilchem zaczyna się, rzecz jasna, od pytania o książki. Literaccy idole, własne i cudze biblioteki, anegdoty z życia kolegów "po piórze" oraz tajniki pisarskiego warsztatu -  to tematy, które powracają w "Zawsze nie ma nigdy" jak bumerang, są punktem odniesienia i konstrukcyjną osią wywiadu. A właściwie: rozmowy, gdyż Ewelina Pietrowiak, była partnerka pisarza, nie wciela się tu w rolę indagującej redaktor, ale występuje jako pełnoprawna uczestniczka dyskusji. Nie tylko pyta, ale i słucha, tam gdzie trzeba - a nie trzeba zbyt często - doprecyzuje, złapie za słowo, odrobinę przyciśnie. Jest swojego rozmówcy prawdziwie ciekawa, i, co nie bez znaczenia, potrafi przy tym dyskretnie usunąć się w cień, zostawiając pierwszy plan pisarzowi.
A ten jest ironiczno-liryczny: poważnych tematów nie unika, ale nawet wówczas nie opuszcza go poczucie humoru. Odpowiada i opowiada, szafując puentami i dowcipami, serwując zgrabne zdania, w których rozpoznamy słynną Pilchową frazę.
Bo Pilch mówi tak, jak pisze. A pisze przy biurku. Są na nim narzędzia, ułatwiające przelewanie myśli na papier - trzydzieści dziewięć ołówków, osiem temperówek, pióro Pelikan z grubą stalówką - i sentymentalne pamiątki, zszywacz i stara pieczęć z wiślańskiej poczty oraz nożyk, którym babka pisarza obierała ziemniaki. Obszar biurka, symboliczne centrum pisarskiego wszechświata, łączy w sobie wczoraj i dziś, teraźniejszość z pamięcią o tym, co minęło. Również i tym jest "Zawsze nie ma nigdy" - spojrzeniem na teraz i kiedyś z rozbrajającą szczerością, z jaką zwykle komentujemy cudze, a nie własne życiorysy.
Podobnie czarno-białe fotografie na wewnętrznych stronach okładki sugerują, że rozmowa ta będzie również podróżą w czasie i w przestrzeni: książkę otwiera archiwalne zdjęcie krakowskiego rynku z witryną Klubu Pod Jaszczurami, zamyka współczesna fotografia centrum Warszawy z Pałacem Kultury w tle. Dwa miasta, symbole życiowej drogi, jaką przeszedł Pilch od studiów na UJ-cie, pracy w "Tygodniku Powszechnym", po przeprowadzkę do stolicy, po której od zawsze porusza się na piechotę. A pomiędzy okładkami są słynne Pilchowe "tematy, obsesje i upodobania"**: wspomniana literatura i okolice, miłość do piłki kopanej i kobiet, wiślańskie dzieciństwo i wspomnienia o przodkach.
Pilch otwiera prywatne albumy ze zdjęciami, pokazując rodzinne fotografie oraz własne podobizny z młodości i dzieciństwa - niektóre wcześniej niepublikowane - jak choćby tę z okładki, na której przyszły autor "Bezpowrotnie utraconej leworęczności", kilkuletni wówczas, oddaje się lekturze "Przeglądu Sportowego". Czy już wtedy wiedział, że sport i czytanie to będą jego wielkie, życiowe miłości? Dla pamiętających śmiech babki Czyżowej z "Dzienników", gratka to nie lada, zobaczyć wizerunek protoplastki rodu, barwnej niczym postać literacka. Jednak nie tylko fotografie debiutują w tej książce. To właśnie w "Zawsze nie ma nigdy" pisarz po raz pierwszy tak szczerze opisuje trudne relacje z ojcem. Również historia niezbyt szczęśliwego małżeństwa rodziców oraz własne przypadłości ducha i ciała potraktowane zostały z większą niż dotąd uwagą. A stąd już tylko krok do rozmów o przemijaniu. Ale i o sprawach ostatecznych Pilch mówi z lekkością i wdziękiem, doprawiając poważne tematy ironią, swoim znakiem rozpoznawczym. Jak choćby wtedy, gdy rzuca:
"Teoretycznie oczywiście wiem, że wszyscy umrą, ale teorie niekiedy zawodzą".***
Czy można nie polubić urodzonego gawędziarza, który, owszem, tu i tam skarży się na chore ciało, już nie tak sprawne jak kiedyś, ale gorycz wciąż równoważy słodyczą? Nie można. Zwłaszcza, gdy ten, wzruszając ramionami - jak to sobie wyobrażam - konstatuje na przykład:
"Podobać się wszystkim - tragedia. Wrogów musisz mieć, ich liczba i jakość są rękojmią twojego znaczenia".****
Mało kto potrafi dziś tak opowiadać, sypiąc przy tym anegdotami jak z rękawa (między wieloma innymi, jest pyszna opowieść o tym, dlaczego na przyjęciach u noblistki Szymborskiej lądowała na stole waza z wrzącą wodą, zamiast z zupą) i samego siebie traktować bez zadęcia, z przymrużeniem oka. Cenna to cecha, tym bardziej dziś, gdy łatwiej o dystans fizyczny czy uczuciowy, niż ten do samego siebie.
Jak sugeruje tytuł, da się, bez wielkich kwantyfikatorów i napuszonych zdań, opowiedzieć o sobie tak, żeby czytelnik nie mógł oderwać się od lektury. A gdy już się oderwie - nie wcześniej jednak, gdy rzecz wspomnianą przeczyta - na pocieszenie zostaje mu fakt, że w przygotowaniu jest "Autobiografia w sensie ścisłym", w której znów będzie prozą o życiu wcale nie prozaicznym.
Dużo jest w "Zawsze nie ma nigdy" Pilcha w Pilchu, całe, jak mniemam, sto procent. Sam pisarz, jako człowiek słowa, liczbami niezbyt się przejmuje, chociaż ilość ołówków, które udało mu się zgromadzić, i na nim samym robi wrażenie:
"Trzydzieści dziewięć ołówków to jest prawie wieczność - wyobraź sobie, że wypiszesz trzydzieści dziewięć ołówków. Jak masz je na biurku, dają gwarancję długiej perspektywy życiowej".*****
Stu takich ołówków, Mistrzu!
Pietrowiak, E., Pilch, J. (2016). Zawsze nie ma nigdy. Jerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak. Wydawnictwo Literackie, Kraków
*Ibidem, str. 7;
**Ibidem, str. 21;
***Ibidem, str. 70;
****Ibidem, str. 108;
*****Ibidem, str. 31.

19 komentarzy:

  1. Ilekroć widzę wpisy poświęcone twórczości Jerzego Pilcha bądź teksty dotyczące samego autora, odzywają się we mnie wyrzuty sumienia, bowiem jak do tej pory, nie miałem jeszcze okazji obcować z prozą tegoż literata.

    A sam pomysł, aby wywiad z pisarzem przeprowadziła jego była partnerka wydaje się co najmniej interesujący. Ludziom, którzy dobrze się znają jest chyba zdecydowanie łatwiej rozmawiać czy dzielić się bardziej dyskretnymi rzeczami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mogłabym się zawstydzić, bo - przyznaję - pisarza znam głównie z obu tomów "Dzienników" i powyższego wywiadu, czyli z pozycji autobiograficznych. Przeczytałam jak dotąd dwie, może trzy jego powieści, ale braki nadrobię, bo chęć jest - z każdą przeczytaną książką coraz większa.
      Ten pomysł - z byłą partnerką w roli rozmówczyni - tutaj sprawdził się wyśmienicie. Ale, przynajmniej w teorii, mogło być różnie, bo to w końcu ex-ukochana. Czuć jednak, że sympatia i pozytywne uczucia zostały, a to rozmowie bardzo służy.
      Zacznij czytać Pilcha od tej książki - wsiąkniesz!

      Usuń
    2. Ambrose napiszę tak, długo nie czytałam Pilcha. Nie interesowały mnie widy alkoholowe, nie interesowały mnie podboje erotyczne, ani futbol, ale jak już zaczęłam czytać, wpadłam. Fraza nieco wyjęta ze Sklepów Cynamonowych. Jeśli chcesz się zapoznać z tym jak pisał Pilch, i jaka jest jego filozofia tworzenia, to polecam "Drugi dziennik" Pisałam o tym, http://wp.me/p59KuC-89

      Usuń
  2. Doskonale ujęte. Właśnie skończyłam tę książkę i stwierdziłam, że jej nie przeczytałam, tylko połknęłam. To nie jest moja pierwsza książka Pilcha, ale "Pod Mocnym Aniołem", "Spis cudzołożnic" (czytałam dawno) - mną nie wstrząsnęły. Usłyszałam jednak fragment wywiadu z Pilchem i tak mnie oczarował, że książkę kupiłam od razu. Przed chwilą skończyłam przecież książkę Filipowicza, zaczęłam szukać informacji o mistrzu krótkich form, a tu proszę, Pilch zaprasza mnie do swojej biblioteki i opowiada o Filipowiczu!
    Jak wspomniałam - dopiero zaczynam przygodę z Pilchem. Wywiad jest świetny, ale zostawił kolosalny niedosyt - podsycił apetyt na jego prozę. "Dziennik"już zamówiony. Myślę, że do wyżej wymienionych tytułów wrócę jeszcze raz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, Olu :-) U mnie to samo - książka pochłonięta w jeden wieczór, z niemałą przyjemnością. Pozostawianie czytelnika w stanie niedosytu to chyba kolejny znak firmowy Pilcha. Mało mi było po lekturze "Dzienników", mało po "Zuzie albo czasie oddalenia", a i teraz - niedosyt. I niecierpliwe oczekiwanie na "Autobiografię w sensie ścisłym".
      Tak, no właśnie! - jest tu i o Twoim ulubionym Filipowiczu, no i, między wieloma innymi, ta pyszna anegdota o wazie z wrzątkiem na przyjęciach u Szymborskiej :-) Celne puenty, dowcip, autoironia - czego chcieć więcej? Marny to pewnie komplement dla pisarza, ale chyba bardziej przemawia do mnie faktografia Pilcha. Co nie znaczy, że nie lubię jego powieści, być może zbyt słabo je znam.
      "Dzienniki" - to będzie uczta, gwarantuję. Pamiętaj, są dwa tomy, "Dziennik" i "Drugi dziennik" :-)

      Usuń
    2. Kocham Szymborską nie tylko za jej wiersze. Za te wszystkie loteryjki, zbiory i za listy, przede wszystkim za jej humor:) Za to, że nie musimy sobie wyobrażać noblistki, która siedzi na jakimś tronie w chmurach:) Anegdoty mnie ubawiły:) Wyobrażam sobie, że film nakręcony o tej parze (Szymborska i Filipowicz) byłby świetny, gdyby oczywiście udało się odtworzyć aurę, jaką roztaczali.
      Wracając do Pilcha - wiem, że są dwa "Dzienniki" i oczywiście upoluję sobie i drugi. Ale zanim to nastąpi postanowiłam jeszcze sięgnąć po zbiór opowiadań. Trzeba być konsekwentnym;) No i będę mogła porównać mistrza i ucznia:)

      Usuń
    3. Dosłownie przed chwilą - zbieg okoliczności! - skończyłam czytać wywiad z Michałem Rusinkiem o 15-stu latach, które spędził jako sekretarz Noblistki (w lutowym "Twoim Stylu"). Dobra wiadomość dla Ciebie - dla mnie też - jest taka, że ukazała się już jego książka o Szymborskiej, "Zachwyt i rozpacz". Pewnie o tym wiesz, ale na wszelki wypadek wspominam. Wygląda na to, że to prawdziwa kopalnia anegdot i żartów poetki. A i w gazetowym wywiadzie jest ich niemało, na rozbudzenie apetytu :-)
      A ja pomyślałam, żeby się zabrać za "Pod Mocnym Aniołem". Będzie idealnie współgrać za tą zimowo-jesienną aurą za oknem.

      Usuń
    4. Nie, nie wiedziałam! Przeczytałam u Ciebie i od razu wpadłam w "zachwyt i rozpacz", bo jak ja to wszystko zdobyć;)
      No to dobrze. Wszystko po kolei:) Na mnie czeka "Dziennik", "Moje pierwsze samobójstwo" i "Miasto utrapienia". Idziemy w Pilcha;)

      Usuń
    5. :-) To prawda, książki potrafią wywołać zachwyt i rozpacz jednocześnie.
      Idziemy w Pilcha - to mi się podoba! ;-) W takim razie - udanych lektur życzę!

      Usuń
  3. A ja cały czas Pilcha nie znam (bez wyrzutów) i jakoś mnie do niego nie ciągnie. Ostatnio nawet stwierdziłam, że literatura polska coraz bardziej się ode mnie oddala, jakby przestała ciekawić, choć przecież zdaję sobie sprawę z tego, że mamy świetnych, ba, genialnych autorów.
    Kiedy już po Pilcha sięgnę, a stanie się to z pewnością, będzie to raczej powieść - żeby najpierw zaprzyjaźnić się z twórczością. A jeśli mi się spodoba, z chęcią zaprzyjaźnię się też z pisarzem:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja, dla odmiany, zauważyłam, że najwięcej mam na blogu etykiet z "literaturą polską" właśnie. Pilch, Dehnel, Chutnik to mój prywatny polski "top". Mimo to, kierunek geograficzny nie jest dla mnie priorytetem przy wyborze książki. Ciekawe swoją drogą, dlaczego akurat rodzime literackie poletko Cię nie pociąga. Ale ulubionych polskich pisarzy na pewno masz?
      Dobrze, że nie mówisz zdecydowanie 'nie'! Bo na Pilcha warto się skusić. A dodatkowo, mam przeczucie, że spodobałyby Ci się jego książki.
      Chwalebna kolejność! Mam w pamięci Twój pogląd o prymacie autora nad dziełem i wiem, że wywiady z autorami też lubisz. Gdyby zatem wpadło Ci w ręce "Zawsze nie ma nigdy", nie wahaj się ani chwili ;-)

      Usuń
    2. Widzisz, wymienionych przez Ciebie autorów (i autorki) w ogóle nie znam, choć oczywiście nazwiska są mi znane, a za Chutnik akurat szczerze chciałabym się zabrać. Ciekawi mnie jej twórczość i myślę, że mogłabym się w niej odnaleźć. Owszem, mam ulubionych polskich pisarzy - uwielbiam Różewicza, szanuję Tokarczuk i bardzo lubię Orbitowskiego i Twardocha. Ale nie pędzę do księgarni, gdy tylko coś wydają. Nowa Tokarczuk kurzy się na półce i czeka na swoją kolej. Być może po studiach, na których wałkowałam tylko polską literaturę, teraz muszę trochę odpocząć ;)

      Wierzę, że Pilch mógłby mi się spodobać, ufam w Twój osąd :) Może zaproponowałabyś mi jakąś powieść na pierwszy raz?

      Usuń
    3. O masz, zapomniałam o Tokarczuk. Dawno, dawno temu jej książki robiły na mnie kolosalne wrażenie. I całkiem niedawno też (np. "Prowadź swój pług przez kości umarłych", czyli ostatnia, którą czytałam; do "Ksiąg Jakubowych" zapału, na razie, brak).
      Tak myślałam, że masz mały przesyt po studiach :-)
      Ale ad rem: na pierwsze spotkanie polecam rzecz krótką, która - mam nadzieję - skutecznie rozbudzi apetyt na więcej, czyli "Zuzę albo czas oddalenia" (pisałam o niej jakiś czas temu na blogu). Dodatkowo, ta książka to swoiste 2w1, bo niby jest to fikcja, ale sam pisarz odrobinę zza niej "wystaje". Może zatem przekonać i do pozostałych powieści Pilcha, i do jego "Dzienników" :-)

      Usuń
  4. Czytałam u kogoś wpis na temat Dziennika Pilcha (może to nawet u Ciebie) i pomyślałam, że może się przełamię. Przeczytałam jedynie Pod mocnym aniołem i zupełnie mi ta książka nie podeszła. Ale Dziennik postanowiłam przeczytać. U mnie przeważa literatura obca w stosunku do polskiej. Sporadycznie czytam literaturę współczesną (choć Dehnel jest jednym z wyjątków), wolę klasykę, a tam przeważają obcokrajowcy. Jakiś czas temu ubolewałam nad tym na blogu, postanowiłam czytać więcej rodaków i choć ta relacja dziś wygląda lepiej niż kilka lat temu to nadal w przewadze cudzoziemcy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli lubisz dzienniki, to te Pilcha nie powinny Cię rozczarować - wręcz przeciwnie. Możliwe, że czytałaś opinię o pierwszym tomie "Dziennika" u mnie :-) Wydaje mi się, że gawędziarstwo i słynna fraza Pilcha, jego poczucie humoru i autoironia są lepiej widoczne właśnie w książkach autobiograficznych (jak oba tomy "Dzienników" i "Zawsze nie ma nigdy" właśnie). To one mnie zachwyciły. Większość powieści Pilcha jeszcze przede mną.
      Zastanawiam się nad tym, jakie jest moje kryterium w wyborze książek. I chyba najczęściej jest tak, że wybieram książki ulubionych autorów - ich narodowość jest bez znaczenia. Mam kilku ulubionych polskich i całą masę zagranicznych (tak, literatura światowa przeważa). Ale skoro już rozmawiamy o geografii, to martwią mnie raczej te liczne, nieodkryte jeszcze przeze mnie tereny - literatura czeska chociażby, żeby daleko nie szukać.

      Usuń
  5. Książki nie znam, odniosę się więc do tego, co napisałaś na początku recenzji. Zgadzam się z Pilchem, że najważniejszy jest początek, pierwsze zdanie. Wertując jakąś nieznaną mi książkę, zawsze zerkam na pierwsze zdania i często właśnie one decydują, czy wezmę książkę, czy nie.
    Słyszałam, że w esejach zatytułowanych „Opowieść się rozpoczyna” Oz Amos analizuje pierwsze zdania i akapity sławnych dzieł. Mam zamiar kiedyś te eseje przeczytać, no i wywiady z Pilchem też. Twoja recenzja bardzo zachęca :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakiś czas temu - nie pamiętam, na którym blogu? - czytałam wpis o ulubionych Pierwszych Zdaniach z książek. Jakoś tak się składa, że to początki pamiętamy lepiej, niż koniec (wszyscy na przykład znamy zdanie, które otwiera "Annę Kareninę", ale kto pamięta ostatnie zdanie powieści?). Trudno mi rozstrzygnąć, czy ważniejsze jest, jak się zaczyna, czy jak się kończy. To prawda, początek jest istotny, bo to on decyduje, czy będziemy dalej brnąć w historię, czy zniechęceni, odłożymy książkę. Ale rozczarowujący, inny od spodziewanego koniec potrafi przecież zepsuć przyjemność z najwspanialszej lektury... Ostatnie zdanie też ma moc.
      Już widzę, że eseje Oza mnie zainteresują i, mam nadzieję, że podobnie będzie z Tobą i z "Zawsze nie ma nigdy". Fajnej rozmowy zawsze przyjemnie się "słucha" :-)

      Usuń
  6. Czytając jakiś wpis często piszemy z najgłębszym przekonaniem w danej chwili, że chętnie byśmy sięgnęli po opisywaną książkę. Potem wydawałoby się często nam ona ucieka z pamięci, gdyż czyta się o tylu innych, po które równie chętnie, a do tego samemu natrafia się na kolejne ciekawe tropy (z krótkiego wypadu do Warszawy, którego celem było zgoła co innego niż kupowanie książek przywiozłam pięć nowych). Będąc w Dedalusie zwróciłam uwagę na kilka książek Pilcha i tylko wyżej wzmiankowane pięć książek powstrzymało mnie przed zakupem kolejnej. Dobrze, że Dedalusa nie ma w Gdańsku. Ale też mogłabym napisać. Szkoda, że Dedalusa nie ma w Gdańsku i każde zdanie byłoby prawdziwe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za dużo się książek publikuje, nam, molom książkowym, na pokuszenie ;-)
      W "Zawsze nie ma nigdy" Pilch pisze, że jego znajomy miał jeden pokój w mieszkaniu urządzony jak biblioteka - regały z książkami stały nie tylko pod ścianami, ale i na środku, a przejść pomiędzy nimi nie było łatwo, gdyż zagęszczenie mebli (i książek) było, wiadomo, spore. Prawdziwego miłośnika książek nic nie powstrzyma przed kupowaniem i gromadzeniem. Mnie ratują trochę świetnie zaopatrzone okoliczne biblioteki, ale, rzecz jasna, są książki, które chcę mieć na własność, na wyciągnięcie ręki, więc doskonale rozumiem, co masz na myśli :-)

      Usuń