Strony

17.02.2016

Uwierz w ducha: "Dokręcanie śruby" Henry James

Ciekawy to świat, po którym przechadzają się duchy. Ale najstraszniejsze jest to, co niewidoczne dla oka. Kuszą nas nie zjawy, senne mary i widziadła, ale tajemnica i niedopowiedzenie. To, co nazwane do końca, traci moc przyciągania i sens.
Czy naprawdę chcemy, żeby książki odpowiadały na wszystkie pytania, zanim jeszcze je zadamy? Pytania bez odpowiedzi intrygują równie mocno, o ile nie bardziej. A Henry James należy do tych pisarzy, którzy nie lubią psuć czytelnikowi zabawy. Zamiast dostarczać łatwych, gotowych rozwiązań, James kluczy i bawi się w chowanego. A gdy wydaje się nam, że dotknęliśmy sedna, powieściowy nurt porywa nas w inne miejsce - tam, gdzie kryje się prawda. Ta, którą sami musimy... wymyślić.
"Dokręcanie śruby" - taki tytuł, wraz z nowym przekładem Jacka Dehnela, otrzymało jedno z najbardziej popularnych dzieł James'a, polskiemu czytelnikowi znane dotąd jako "W kleszczach lęku" - zaczyna się, jak na klasyczną powieść grozy przystało. Młodziutka guwernantka, córka wiejskiego pastora, podejmuje się opieki nad osieroconym rodzeństwem, zamieszkałym w wiktoriańskim dworze w hrabstwie Essex. Niedoświadczona i niepewna, czy podoła nowym obowiązkom, dziewczyna zjawia się w Bly z duszą na ramieniu. Obawy znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki: domostwo, choć stare i brzydkie, ma jasną fasadę i świeże zasłony w oknach, służba z panią Grose, ochmistrzynią, na czele, jest nader życzliwa, a podopieczni - 8-letnia Flora i dwa lata starszy Milton - grzeczni i pełni uroku. Sielanka nie trwa długo. Już drugi dzień w Bly przynosi złe wieści: Miltona wydalono ze szkoły. To zdarzenie stanie się zarzewiem powieściowego zła, a jego powód - niewyjaśnioną do końca zagadką. Atmosfera zagęszcza się, gdy na terenie wiekowej posiadłości guwernantka spotyka tajemnicze postaci. Pani Grose nie ma wątpliwości - to poprzedni opiekunowie Flory i Mitona, których w przeszłości łączył pewien nienazwany, acz przerażający sekret, występek wątpliwej moralności. Oraz fakt, że oboje... pożegnali się już z tym światem. Nie to jest jednak najstraszniejsze...
Myli się ten, kto sądzi, że "Dokręcanie śruby" to typowa opowieść z dreszczykiem. James miesza literackie konwencje, łączy elementy horroru z psychologiczną prawdą o emocjach. Pełnymi garściami czerpie z instrumentarium klasycznych powieści grozy, ale kanoniczne motywy gatunku - zagubiona bohaterka, stary dwór, tajemnica z przeszłości, duchy i zjawy - są tu jedynie dekoracją. Nawet bezpośrednie przywołanie zamku Udolpho z powieści Ann Radcliffe, do którego guwernantka porównuje posiadłość w Bly, wydaje się bardziej mrugnięciem oka do czytelnika, niż zapisaną między wierszami deklaracją odnośnie formy dzieła. 
Konstrukcyjny zabieg, polegający na prezentacji zdarzeń z punktu widzenia guwernantki, pozwala na potęgowanie atmosfery lęku i w  i  e  l  o  z  n  a  c  z  n  o  ś  c  i. Osąd dziewczyny - jedyne dostępne czytelnikowi źródło wiedzy o tym, co wydarzyło się w Bly - jest sprzeczny z doświadczeniem pozostałych bohaterów. Pani Grose oraz dzieci utrzymują bowiem, że duchów nie widzą. Czy widzi je guwernantka? A może przechadzające się po parku zjawy są jedynie wytworem jej młodzieńczej, wybujałej wyobraźni? Czy słodkie buzie  wychowanków mogą kryć przebiegłą, sprytną naturę? I wreszcie - jakiego strasznego występku dopuścili się poprzedni opiekunowie Miltona i Flory? Co jest prawdą, a co - zmyśleniem? I w co ostatecznie zdecyduje się uwierzyć czytelnik?
Pytania bez odpowiedzi znajdują kulminację w zaskakującym i przerażającym finale-zagadce, który niczego nie rozstrzyga ani nie wyjaśnia. Przeciwnie, potęguje niepewność i otwiera tym samym nowe możliwości interpretacyjne. Źródłem niesamowitości "Dokręcania śruby" nie są wydarzenia fabuły, ale d  o  m  y  s  ł  y oraz e  m  o  c  j  e, drobiazgowo rejestrowane przez guwernantkę. Tajemnica, skrywana przez grube mury Bly, nie daje dziewczynie spokoju. Coraz częściej bywa "w wewnętrznej komnacie przerażenia"*, jest rozdygotana, zapiera jej dech w piersiach, miewa lodowate dreszcze, żeby w końcu znaleźć się "w samym środku lęku"**. Winne emocjonalnego rozedrgania nie są, wbrew pozorom, zaglądające do okien pokojów zjawy. To nie ich boi się guwernantka - twory utkane z mgły i ektoplazmy w zbudzają w niej raczej odruch protestu i buntu:
"W czystym świetle południa zobaczyłam siedzącą przy moim biurku postać, którą, gdyby nie uprzednie doświadczenia, wzięłabym na pierwszy rzut oka za jakąś pokojówkę [...]. Ciemna w swej czarnej sukni jak północna godzina, ze swą wynędzniałą urodą i zgryzotą niewymowną, patrzyła na mnie dość długo, jakby chciała mi przekazać, że ma takież prawo zasiadać przy moim biurku, jak ja - przy jej. Podczas gdy upływały te chwile, przeszedł mnie dreszcz poczucia, że to ja jestem tu intruzem. To właśnie przeciw temu chciałam gwałtownie zaprotestować, zwracając się do niej: "Ty potworna, żałosna kobieto!" - by usłyszeć, jak mój głos załamuje się w dźwięk, który przechodzi przez otwarte drzwi i rozbrzmiewa w długim korytarzu i całym pustym domu".***
Duchy zdają się być jedynie freudowskim symbolem, personifikacją wewnętrznych napięć bohaterki, jej przerażenia i lęku. James dokręca śrubę niespiesznie, ale skutecznie, a duszny klimat emocjonalnego uwikłania zamienia się w psychologiczne studium samotności, lęku i zła. Może nawet szaleństwa? Nastrój grozy potęguje sceneria opustoszałej posiadłości, oddana językiem prostym, acz sugestywnym, precyzyjnym jak chirurgiczny nóż:
"Lato przygasło, potem minęło; jesień opadła na Bly i zdmuchnęła połowę naszego światła. To miejsce, z jego szarym niebem i przywiędłymi girlandami, opustoszałymi przestrzeniami, rozrzuconymi wszędzie suchymi liśćmi, było jak teatr po zakończeniu przedstawienia, zasłany pogniecionymi programami".****
Zakładnicy estetyki współczesnych ghost stories, pełnych straszydeł nie z tego świata i "efektów specjalnych", do prozy Jamesa raczej się nie przekonają. Nie jest ona literackim fast-food'em, ani wycieczką do gabinetu strachów w wesołym miasteczku, ale wielowymiarową historią o meandrach ludzkiej psychiki, która ziarno niepokoju zasiewa równie skutecznie - a może nawet skuteczniej - jak opowieści o "nowoczesnych" wampirach. Jej krótką, acz treściwą recenzję wygłosił ponad sto lat temu Oscar Wilde:
"Najcudowniejsza, ponura, zatruwająca umysł opowieść".
Celnie, jak zawsze, panie Wilde.
James, H. (2015). Dokręcanie śruby. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa
Tytuł oryginalny: The Turn of the Screw
Tłumaczenie: Jacek Dehnel
*Ibidem, str. 53;
**Ibidem, str. 43;
***Ibidem, str. 116-117;
****Ibidem, str. 162.

43 komentarze:

  1. Książka ciekawie się zapowiada chętnie bym ją przeczytała :) bardzo ciekawie umieszczone cytaty w recenzje :) pozdrawiam cieplutko
    http://wiktoriaczytarazemzwami.blogspot.com/?m=0

    OdpowiedzUsuń
  2. To kompletnie nie moje klimaty. Nie odnalazłabym się w tej lekturze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żałuj! Bo to nie jest klasyczna powieść o duchach. A przestraszyć i tak się można.

      Usuń
  3. Amerykanie mają talent do takich opowieści. Na zajęciach naczytałem się przeróżnych, głównie opowiadań, które w dość niepozorny sposób potrafią jeżyć włos na głowie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślisz, że to jest ich cecha narodowa, ta umiejętność straszenia? ;-)
      O, w ramach inspiracji poproszę o kilka tytułów/autorów.

      Usuń
    2. Ależ proszę. Tak na początek:
      - Żółta tapeta (The Yellow Wallpaper), Charlotte Perkins Gilman
      - Loteria (The Lottery), Shirley Jackson
      - Chickamauga, Ambrose Bierce
      - Córka Rappacciniego (Rappaccini's Daughter), Nathaniel Hawthorne

      Usuń
    3. Strach i zimne poty mam zapewnione na co najmniej kilka długich wieczorów. Dziękuję :-)

      Usuń
  4. Świetna powieść. I na dodatek pięknie i trafnie o niej napisałaś :)
    tommy z Samotni

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję! :-) Po raz kolejny mamy zbieżne gusta! A powieść rzeczywiście niezwykła. I niezwykle niepokojąca.

      Usuń
  5. Przeczytałam "W kleszczach lęku" i oddałam do biblioteki, bo nie potrafiłabym tak sensownie i ciekawie napisać.....jak to co przeczytałam. Zgadzam się z Twą opinią.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Wiesz, myślę, że to jedna z tych powieści, którą każdy odbiera inaczej (to truizm, bo właściwie dzieje się tak w przypadku wszystkich książek, ale odbiór akurat tej u każdego może być wyjątkowo odmienny i subiektywny).
      Ciekawa jestem również poprzedniego tłumaczenia, czy jest tak samo dobre jak to.

      Usuń
    2. Myślę o tym, by porównać.
      Nie specjalnie się znam, ale oddało ducha książki, czyli tego zagęszczania się atmosfery i napięcia. Chociaż z drugiej strony nie jest to książka łatwa w odbiorze ze względu na język jakim książka została napisana. To nie ma nic wspólnego z dzisiejsza prozą.

      Ubawiło mnie to co napisałam poprzednio, że książkę oddałam do biblioteki.....faktycznie chciałam ją oddać i okazało się, że to moja książka.

      Usuń
    3. Nowemu tłumaczeniu - jedynemu zresztą, które znam - nie mam nic do zarzucenia. Klimat oddany, a przy tym czyta się wyśmienicie, nic tytułowego "dokręcania śruby" nie zaburza.
      Tak, to stara dobra szkoła - dziś już się tak nie pisze (a szkoda).
      Miałam kiedyś podobną historię - między zwracane do biblioteki książki zaplątała się moja własna. Na szczęście do mnie wróciła ;-)

      Usuń
    4. Zastanawiam się tylko dlaczego nowe tłumaczenie ma taki tytuł, dosłowny.....
      W tekście znalazłam tylko raz wzmiankę o dokręcaniu a raczej przekręcaniu śruby, gdy bohaterka rozpoczyna ostateczną rozgrywkę z Milesem : " Mogłam sobie teraz dawać radę jedynie pod warunkiem, że przywołam do pomocy "naturę" i zawierzę jej, traktując moje monstrualne zadanie jako posunięcie niezwykłe i trzeba przyznać nieprzyjemne, lecz wymagające pomimo wszystko, dla prostej uczciwości, jeszcze tylko jedno przekręcenie śruby zwykłej ludzkiej przywoitości".

      Usuń
    5. Może nowy tytuł sam w sobie nie brzmi zbyt elegancko, ale wydaje mi się, że nieźle pasuje do ducha całości. Bo przecież James właśnie to robi: dokręca śrubę, a atmosfera lęku i przerażenia gęstnieje w powieści z każdą stroną.
      Jeśli wziąć pod uwagę znaczenie idiomatyczne, angielskie "turn of the screw" można uznać za zbliżone do polskiego "gwoździa do trumny". Ale to już w ogóle nie byłby dobry tytuł. A może jednak...?

      Usuń
    6. "W kleszczach lęku" brzmi faktycznie bardziej interesująco z punktu widzenia psychologicznego tej książki niż "Dokręcanie śruby".
      "Gwóźdź do trumny" - ciekawe....ale jakby z tej samej półki.
      Zastanawiam się jednak, który z tych tytułów wybrałby potencjalny czytelnik nie mając pojęcia, że chodzi o tę samą książkę. Ja jednak "W kleszczach lęku". Chyba jednak najlepiej zapowiada to, że nie będzie to tylko i wyłącznie horror z duchami w tle.

      Usuń
    7. Zgoda, "W kleszczach lęku" podkreśla rzecz najistotniejszą, czyli realizm psychologiczny, a "Dokręcanie śruby" można by pomylić z... podręcznikiem dla majsterkowiczów ;-). "Gwóźdź do trumny" - najbardziej dosłowny (i dosadny), ale... intrygujący.
      Osobiście miałabym problem z wyborem najlepszego tytułu. W końcu, i tak najważniejsze jest to, co w środku :-)

      Usuń
  6. I cóż ja mogę napisać? Chyba tylko to, że ogromnie, ale to ogromnie chciałabym przeczytać tę książkę :) Cieszę się, że to coś więcej niż zwykła powieść z dreszczykiem, ale myślę,że docenię te horrorowe dekoracje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dominiko, jestem pewna, że spodobałby Ci się sposób, w jaki James potrafi napawać lękiem i niepokojem. A wiem, że lubisz straszne historie ;-) "Dokręcanie śruby" oferuje więcej niż "zwykłe" horrory - nie tyle przeraża (bo to jedynie chwilowe), ale prawdziwie wytrąca ze strefy spokojnego komfortu.

      Usuń
  7. A wiesz, że jakiś czas temu byłam przekonana, że po nią nie sięgnę? Jakoś tak pozytywnych opinii było jak na lekarstwo i dużo osób, które mają gust książkowy podobny do mojego, raczej na tego akurat Jamesa narzekało. Ale bardzo smakowicie o nim piszesz, więc wykreślam sobie moje wstępne zniechęcenie :).

    A powiedz, jak się czyta przekład?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, dziwię się, że dobrych ocen jak na lekarstwo, bo ta książka naprawdę robi wrażenie. Mówiąc potocznie, "jest inna niż wszystkie" i może nie tyle stawia włosy na głowie, co zaraża lękiem i prawdziwie "dokręca śrubę". Nie monitorowałam zmian tętna, ale jestem pewna, że w trakcie lektury miałam przyspieszone ;-)
      Przekład jest, moim zdaniem, wyśmienity. Idealnie oddaje klimat (choć słyszałam, że nowe tłumaczenie tytułu nie spotyka się z powszechnym entuzjazmem). Ale zastrzegam, pierwotnej wersji powieści - "W kleszczach lęku" - nie znam. Kiedyś przeczytam, dla porównania, ale najpierw muszę ochłonąć :-)
      I fakt, z Jamesem bywa różnie. Osobiście poległam na "O czym wiedziała Maisie". A tutaj - zachwyt.

      Usuń
    2. *Edit: "nowe tłumaczenie tytułu" - chodzi mi o sam tytuł powieści, rzecz jasna, a nie tytuł w sensie: całość.

      Usuń
    3. W Twoim wykonaniu brzmi jak taka opowieść "o duchach", którą boidudki takie jak ja lubią bardzo :). Zdecydowanie muszę zajrzeć.

      Usuń
    4. Czytaj z kotem pod ręką, zawsze raźniej! ;-)
      Zajrzyj koniecznie i podziel się wrażeniami :-)

      Usuń
  8. "W kleszczach lęku" już od dawna jest moim małym wyrzutem sumienia (nie mówię, że wstydzę się, iż nie znam jeszcze tej książki - mając w pamięci naszą wcześniejszą rozmowę ;)). Jamesa znam tylko z pysznego zbioru opowiadań, ale reszta jego twórczości dopiero przede mną. A Twoja recenzja kusi, oj kusi tym psychologicznym zacięciem, a cytat z Wilda jeszcze swoje dołożył :)
    A tak z trochę innej beczki - jakoś nie mogę przyzwyczaić się do nowego tłumaczenia tytułu. Owszem, jest on bardziej dokładny, ma swoje odbicie w oryginale, ale jednak "W kleszczach lęku" już zdążyło się zadomowić w mojej głowie i trochę trudno mi się z nim rozstać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyrzut sumienia (do tego mały) w porównaniu ze wstydem - jest postęp! ;-)
      To jest dopiero moje drugie spotkanie z Jamesem. Pierwsze nie do końca było udane, ale to - jak najbardziej.
      Nowe tłumaczenie wymusiło, siłą rzeczy, również zmianę tytułu. Oba nieźle oddają istotę sprawy. Obiecałam sobie, że za jakiś czas przeczytam pierwszy przekład - dla porównania i z ciekawości. Może to będzie zupełnie inna powieść?

      Usuń
  9. Pisarza znam raczej z jego powieści obyczajowych, jego styl mi odpowiada. Książka, którą recenzujesz przypomina mi klimatem film "Inni" z Nicole Kidman. W zasadzie unikam tego typu książek, ale przedstawiłaś ją tak fascynująco... i w końcu to James! Pewnie się skuszę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, właśnie ten film chodził po głowie w trakcie czytania. Jest pewne podobieństwo - zwłaszcza, jeśli chodzi o zawiązanie "akcji" (cudzysłów zamierzony) i o umiejętne podsycanie atmosfery niepokoju bez użycia dosłownych środków wyrazu. Bo duchy, tak w filmie "Inni", jak i u James'a, są jedynie dekoracją.
      Ciekawa jestem, czy i ta książka przypadnie Ci do gustu :-)

      Usuń
  10. Wiesz, ja bym bardzo chciała przeczytać jakąś opinię o tej książce, która by się nie ograniczała do tego, że mamy niepokój i ogromne pole do interpretacji. Chciałabym te interpretacje poznać. Czytałam "W kleszczach lęku" parę lat temu i byłam raczej rozczarowana. Nie dlatego, że spodziewałam się jakiejś szczególnie wartkiej przygodowej akcji albo bardziej namacalnych upiorów, po prostu książka wydała mi się jednak dosyć pusta. Oczywiście, można uznać to wszystko za mistrzostwo, za niezwykle przenikliwą powieść pełną ukrytych znaczeń. Albo - że pisarz tak się w swoją opowieść niesamowitą zaplątał, że sam już nie wiedział, co właściwie chciał napisać i dlatego pozostawił tyle niedomówień. Niestety ja się podpisuję pod tą drugą opcją, ale bardzo bym chciała poznać Twoją interpretację: co się właściwie wydarzyło i o co w tej książce chodzi?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że klucz do tej powieści-zagadki tkwi w psychologii. Najbardziej skłaniam się ku najpopularniejszej interpretacji - młoda, (nad)wrażliwa, zalękniona i podatna na wpływy dziewczyna po prostu oszalała, a to, co "dzieje się" (jeśli w ogóle COŚ się dzieje) w Bly, to po prostu symptomy jej pogłębiającego się obłędu. Tym bardziej dla czytelnika niejasne, że oglądane jej oczami. W tym kontekście finałowej sceny nie należałoby brać zbyt dosłownie. Może dla małego Miltona, zarażonego emocjami opiekunki, skończyło się nie życie, ale jedynie pewien etap, nazywany umownie "niewinnością"?
      Kusi mnie także wyjaśnienie przewrotne, które z ulubionym przez autora realizmem psychologicznym nie ma jednak wiele wspólnego. Otóż: może wszystkie postaci w "Dokręcaniu śruby" to zjawy, nie tylko Peter Quint i panna Jessel? Jedynie główna bohaterka przynależy do świata żywych. Wtedy zakończenie przestaje być tajemnicą - guwernantka odkrywa, że "małe serduszko [Miltona], uwolnione, przestało bić", gdyż - no cóż - od dawna już nie biło. Ale tym samym powieść byłaby jedynie rozrywką, a czuję, że jest tu coś więcej.
      Widzę również, że moje interpretacje (a raczej: opatrzone znakami zapytania domysły) mogą świadczyć jako dowód na poparcie Twojej tezy, że "Dokręcanie śruby" to był "wypadek przy pracy" James'a ;-) Może i tak, może to dlatego, po ponad stu laty, nadal nikt nie wie, o co w tej książce chodzi i dlatego zasłaniamy się pochwałami interpretacyjnej otwartości. Ale, z drugiej strony, czy "otwarte zakończenie" to wystarczający powód, aby przypuszczać, że powieść wymknęła się pisarzowi spod kontroli?
      Jakby nie było, jestem pod wrażeniem. Nie przypominam sobie książki, która tak bardzo zaraziłaby mnie lękiem i niepokojem, jak ta. I nawet jeśli pospolite wzbudzanie strachu nie było celem autora, to udało mu się to wyśmienicie. A to (też) już coś ;-)
      Ja też chętnie się dowiem, co Twoim zdaniem zdarzyło się w Bly?

      Usuń
    2. No ja właśnie tego lęku nie czułam, raczej nudę. Być może jeszcze sięgnę po tę książkę, ale raczej po oryginał, żeby działalność tłumacza niczego mi nie sugerowała ;)

      Niezbyt dokładnie już pamiętam treść, więc tak z grubsza tylko zinterpretuję. Najbardziej narzuca się właśnie interpretacja psychologiczna - "zjawy" są wytworem umysłu bohaterki. Tylko że to jest wytłumaczenie w kontekście powieści wysoce niesatysfakcjonujące. Analizy najczęściej chcą widzieć tę powieść jako studium zła: coś, co wydaje się z pozoru pięknym obrazkiem, jest toczone przez zgniliznę. Moralną. A konkretnie seksualną. Sugeruje się, że występek poprzednich opiekunów dzieci był natury seksualnej. I co więcej, dzieci były w to jakoś zamieszane. A więc problem molestowania seksualnego. Ale zdaje się, że pada określenie, że dzieci są "zepsute". Zło promieniuje i rozprzestrzenia się nadal. W jakiś sposób personifikuje się jako zjawy widywane przez bohaterkę. Albo: młode wrażliwe dziewczątko usłyszało jakieś plotki i wyobraźnia zaczyna działać, to jej własny lęk prze seksem wytwarza tę całą niepokojącą historię z przeszłości i wszystkie zjawy. Albo duchy naprawdę były. Ale prawdę mówiąc, to nie mam pojęcia, co się wydarzyło. Moim zdaniem problemem jest to, że jakąkolwiek interpretację się przyjmie, zawsze znajdą się elementy, które nie pasują. A te znaki zapytania, z którymi kończy się lekturę, nie są - w każdym razie dla mnie - intrygujące, tylko irytujące.

      Usuń
    3. Jestem nerwusem, pewnie dlatego udzielił mi się niepokój guwernantki. A może to zasługa nowego tłumaczenia? Trudno powiedzieć, w każdym razie pomysł przeczytania oryginału mógłby, mam nadzieję, kilka kwestii rozwiązać. Pewnie i ja tak zrobię, kiedyś, gdy czas zatrze obecne wrażenie.
      Racja, jest jeszcze hipoteza o roli zła. Ewidentnie, ochmistrzyni sugeruje, że parę poprzednich służących łączył mroczny sekret, w którym uczestniczyły dzieci. Znów pytanie: czy było to molestowanie seksualne, czy może dzieci jedynie pomagały utrzymać w tajemnicy romans swoich opiekunów? No i właśnie - dzieci. Niewiniątka o słodkich buziach czy przebiegli manipulatorzy, którzy poznali już, co to zło? Za tą drugą opcją przemawia jedno małe słowo ostatniego zdania powieści: "uwolnione". Serduszko Miltona zostało "uwolnione". Może chłopiec także ujrzał zjawę i wspomnienia, jakie obudził jej widok, sprawiły, że zakończył swój krótki żywot, wyzwalając się tym samym z sideł zła, w których tkwił już po uszy?
      Sporo tych znaków zapytania. Najmniej prawdopodobna wydaje mi się wersja, że duchy naprawdę BYŁY. I wcale nie dlatego, że widziała je - rzekomo - jedynie guwernantka. Myślę, że fabuła jest tutaj wyłącznie metaforą, przenośnią. I może fakt, że nie wszystko układa się w jedną, spójną całość to kolejna metafora? Ludzkie emocje, szczególnie lęk i strach, rządzą się przecież prawami dalekimi od reguł logiki.
      Brak jasnych odpowiedzi irytuje, to prawda. Ale - nie wiem w sumie z jakiego powodu - tutaj mi to niespecjalnie przeszkadza. Dzięki temu można snuć domysły, przypuszczenia, próbować rozwiązać zagadkę. Fajne to jest, moim zdaniem.

      Usuń
    4. W przekładzie Witolda pospieszały ostatnie zdanie powieści brzmi: "Byliśmy sami pośród cichego dnia, a jego małe, biedne serce przestało bić." W oryginale: "We were alone with the quiet day, and his little heart, dispossessed, had stopped." To "dispossesed" wydaje mi się wieloznaczne, ale rzeczywiście sugeruje, że zostało "uwolnione od opętania", więc tłumaczenie Dehnela jest tu chyba lepsze. Być może w ogóle za sprawą tłumaczy czytałyśmy zupełnie różne książki. Ale nadal pozostaje przy swoim stanowisku ;) Piszesz o próbowaniu rozwiązywania zagadki, tylko wtedy musimy założyć, że rozwiązanie istnieje. W przypadku tej książki nie jestem tego pewna. I akurat tutaj mi to przeszkadza.

      Usuń
    5. Jeśli przyjąć, że rozwiązanie tej zagadki w ogóle istnieje, zdecydowanie trudniej je znaleźć, gdy to jedno małe słowo jest w przekładzie nieobecne. To, co za jego pomocą się sugeruje - uwolnienie od zła, od opętania lub od traumatycznych wspomnień - ma znaczenie, wydaje mi się, kluczowe. Czytelnicy pierwotnego polskiego przekładu mieli jeszcze większy orzech do zgryzienia ;-)
      Zgadzam się z Tobą - niezależnie od tłumaczenia, jeśli chodzi o rozwiązanie fabuły, powieść nie do końca satysfakcjonuje. Ale ja nadal myślę, że czasem "nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale by gonić go" ;-)

      Usuń
  11. Chętnie bym przeczytała którąś z powieści tego pisarza. A jak to nowe tłumaczenie? Dehnel dał radę? Bo może sięgnęłabym właśnie po tę powieść jako początek mojej przygody.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem, dał radę (vide: cytaty). A nawet więcej. Z zastrzeżeniem jednak, że poprzedniego przekładu nie znam, więc porównać nie mogę.
      To jest powieść-zagadka, horror w przebraniu, z mnóstwem niedomówień i dwuznaczności. Czy dobra na początek znajomości z pisarzem? Myślę, że tak - zaryzykuj.

      Usuń
  12. Ha, tytuł nowego przekładu bardzo mi się podoba, chociaż jakoś nie mogę go zestawić z takim nazwiskiem jak Henry James - "Dokręcanie śruby" posiada dla mnie wydźwięk współczesny, a "W kleszczach lęku" kojarzy mi się właśnie z eleganckim i nieco zmanierowanym stylem, który przypisałbym takiemu twórcy jak James :)

    Książka sprawia wrażenie dość ciekawej, szczególnie w świetle Twojej dyskusji z Tarniną. Wasza rozmowa kojarzy mi się z "Dziełem otwartym" Umberto Eco, w którym włoski autor stwierdza, że utwór o zbyt dużym potencjalne interpretacyjnym może zamienić się w niezrozumiały bełkot, z drugiej jednak strony, im więcej w dziele luk i nieodpowiedzeń, które odbiorca może uzupełnić swoją wyobraźnią, tym dzieło ciekawsze z literackiego punktu widzenia, bowiem można je odczytać na wiele różnorakich sposobów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, nowy tytuł jest na wskroś nowoczesny, można książkę pomylić z podręcznikiem do majsterkowania ;-) Ale tłumaczenie całości - o ile mogę je ocenić bez znajomości pierwszego przekładu - świetnie oddaje klimat i ówczesny styl.
      Miał rację Eco - powieści-zagadki są obarczone pewnym ryzykiem. Lubimy rozwiązywać zagadki, ale mamy również poznawczą potrzebę domknięcia i sensu, więc zbytnia dowolność interpretacyjna może stać się pułapką.

      Usuń
  13. Zgadzam się z Jackiem Dehnelem, który napisał gdzieś, że ta książka to arcydziełko. Jest wspaniała, lubię ją tak samo mocno jak „Dom na Placu Waszyngtona”. Czytałam ją dwa razy. Po pierwszym czytaniu różne dziwne rzeczy przychodziły mi do głowy, na przykład, że guwernantka zbyt mocno ścisnęła Milesa i go udusiła, oczywiście niechcący, a potem zmyśliła całą tę historię, by odsunąć od siebie podejrzenia. W trakcie drugiego czytania uznałam, że w Bly jednak były duchy. Próbowały one wejść w ciała Milesa i Flory i w ten sposób jeszcze trochę pożyć. Pod koniec dziewiętnastego wieku wielu ludzi wierzyło, że zmarłe osoby krążą wokół żywych i próbują nimi zawładnąć.

    Interpretacje mogą być różne, ta książka to mistrzostwo niejednoznaczności i tajemniczości. Mnie ta niejednoznaczność nie przeszkadza, nie oczekuję od autorów, by wykładali kawę na ławę. W życiu jest wiele zagadek, nie wiemy wszystkiego, więc dlaczego w książkach miałoby być inaczej? :)

    Nie uważam, by ktoś molestował te dzieci. Owszem, pada określenie, że były zepsute, jednak w tamtych czasach wyraz ten znaczył co innego niż dziś. Wtedy niewiele było trzeba, by nazwać tak dziecko. Wystarczyło, że odpyskowało dorosłemu lub wiedziało coś na temat seksualności. Dobrze urodzone dzieci, szczególnie dziewczynki, były bardzo niewinne. Wiele panien z dobrych domów podczas nocy poślubnej przeżywało szok. :) Dzieci z Bly długo przebywały w towarzystwie Quinta i panny Jessel i myślę, że obserwując ich, dowiedziały się, skąd się biorą dzieci. To wystarczyło, by uznać je za zepsute...

    Tytuł Twojej recenzji jest genialny. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa jest Twoja druga interpretacja, o "nawiedzonych" dzieciach. Wyjaśniałaby, dlaczego ta dwójka jest tak sprytna, przebiegła i - no właśnie - zepsuta (jakkolwiek rozumieć to słowo). Najbardziej przemawia do mnie interpretacja "psychologiczna": wszystko, co "dzieje się" w Bly - cudzysłów zamierzony - to symptomy obłędu guwernantki. Nadwrażliwa, zalękniona dziewczyna, podejmuje pierwszą pracę, przyjeżdża - sama - do tajemniczego domostwa... Zjawy (które widzi tylko ona) prawdopodobnie są wytworem jej niestabilnego umysłu. Jednak takie założenie nadal nie wyjaśnia, co stało się z Miltonem. A przecież jego serce zostało "uwolnione" - być może uwolnione od opętania (?).
      Zgadzamy się w pełni - niejednoznaczny finał to atut. Powiem/napiszę więcej: mam wrażenie, że gdyby James w zakończeniu podałby wszystko na tacy, opowieść straciłaby część swojego specyficznego uroku.
      Dzięki! ;-)

      Usuń
    2. Zgadzam się: gdyby wszystko w tej powieści zostało wyjaśnione, straciłaby ona wiele ze swojego uroku. I nie byłoby sensu czytać jej ponownie. :)
      A jak myślisz, dlaczego pracodawca guwernantki życzył sobie, by pod żadnym pozorem nie informowała go o niczym, co związane jest z dziećmi? Czy był aż takim egoistą? Czy dzieci nic a nic go nie obchodziły? Wygląda na to, że dał im wszystko, co materialne, ale swojej uwagi nie chciał im poświęcić.

      Usuń
    3. Wydaje mi się, że ojciec Miltona i Flory był typowym "produktem" swoich czasów. Czyli: opieka nad dziećmi to babska sprawa, zajęcie godne piastunek i guwernantek. To niestety nie wyjaśnia, dlaczego słodki tatuś nie życzył sobie żadnych wieści z Bly - ale nie można wykluczyć, że po prostu był zwykłym draniem. Ale ojciec-egoista, który odcina się od własnych dzieci, niewiele wnosi do powieści (równie dobrze Milton i Flora mogliby być zupełnymi sierotami). Możliwe więc, że to fakt nie bez znaczenia: ojciec zdawał sobie sprawę, że coś niedobrego wydarzyło się w Bly (o ile pamiętam, poprzednia opiekunka zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach?) i dlatego nie chciał mieć z dziećmi nic wspólnego. Płacił za utrzymanie domu, szkołę, opiekę - może w ten sposób zamykał ludziom usta? Może, gdyby nie to, wieść o nim jako nieodpowiedzialnym ojcu, który naraża dzieci na niebezpieczeństwo, dotarłaby do Londynu i zaszkodziła jego interesom? I znów: więcej pytań niż odpowiedzi. Mnóstwo możliwości, zero pewności :-)

      Usuń