Strony

27.09.2015

Śmiertelna nieśmiertelność: "Umarli mają głos" Krajewski & Kawecki oraz "Nieśmiertelność. Prometejski sen medycyny" Szczeklik

Dorian Gray z powieści Oscara Wilde'a czułby się świetnie w naszych czasach. Współczesny postęp medycyny (i chirurgii plastycznej) pozwoliłby młodzieńcowi zachować świeże lico na długo, i to bez cudownego portretu. Bohater dziewiętnastowiecznej powieści, marząc o wiecznej młodości i pięknie, w tragiczny sposób przekonał się o własnej śmiertelności. Tym samym postać Doriana łączy dwa literackie toposy: ludzką kondycję, naznaczoną nieuchronnym kresem oraz marzenie o nieśmiertelności.
Tematyka powyższa obecna jest również w dwóch całkiem współczesnych książkach: "Umarli mają głos. Prawdziwe historie" duetu Krajewski i Kawecki oraz "Nieśmiertelność. Prometejski sen medycyny" Andrzeja Szczeklika. Co wspólnego mają ze sobą reporterski tom fabularyzowanych opowieści o słynnych polskich morderstwach i zbiór esejów o medycynie, napisany przez lekarza kardiologa? 
Ich raison d'être to ulotność naszego istnienia. Gdyby nie ona, profesor Szczeklik nie napisałby - z wprawą powieściopisarza i wdziękiem erudyty - o zmaganiach medycyny z bólem wciąż zbyt krótkiego życia. Gdyby nie fakt, że tak łatwo życie odebrać, autor kryminałów o Eberhardzie Mocku i Edwardzie Popielskim, w duecie z zaprzyjaźnionym medykiem sądowym, nie przypomniałby dwunastu wstrząsających historii o zbrodniach.
W "Umarli mają głos" Marek Krajewski występuje w charakterze skryby, spisującego zasłyszane od Kaweckiego, mrożące krew w żyłach opowieści. Kawecki pojawia się w nich we własnej osobie. Podobnie jak w życiu, jest w książce biegłym sądowym z detektywistycznym zacięciem i ogromnym archiwum, w którym przechowuje ekspertyzy i akta spraw z zawodowej przeszłości. Jego jedyną słabością jest oglądanie po pracy disneyowskich kreskówek. To badacz-naukowiec, który stawia hipotezy i weryfikuje je przy stole sekcyjnym. 
W "Nieśmiertelności" Andrzej Szczeklik funduje czytelnikowi podróż przez wieki i cywilizacje, z pasją dowodząc, jak nauka i magia - nierzadko ramię w ramię - walczyły o ludzkie zdrowie i długowieczność. Medycyna podejmuje walkę, której wynik jest z góry przesądzony. Potrafimy oddalić perspektywę śmierci, ale nie umiemy usunąć jej widma na zawsze. Patolog przy stole sekcyjnym ma ruchy podobnie ograniczone - wyjaśnia zagadkę śmierci, która już się zdarzyła. Skutecznie tropi jej przyczynę (tylko jedna ze spraw, opisanych w "Umarli mają głos" nie znalazła do dziś wyjaśnienia), ale życia nie wraca. Wyposażony w niezbędne instrumentarium - skalpel, czerpak i lupę, kroi czaszki i klatki piersiowe, z których już dawno uszła ba (jak chcieli Egipcjanie) lub dusza (jak iskrę życia nazywa się współcześnie). W książce Krajewskiego mamy cały wachlarz przestępstw: zbrodnie w afekcie i te planowane z zimną krwią, nekrofilię i samobójstwo (nietypowe, bo na zlecenie), wypadki samochodowe i mordy rytualne. Można ją traktować jak dowód na nieprzemijającą modę na kryminalistykę, można też czytać bez niezdrowej sensacji, choćby po to, żeby o nieuchronnym nie zapomnieć.
Kawecki obcuje na co dzień z biochemią śmierci, Szczeklik opowiada o biochemii życia. Objaśnia dokonania dzisiejszej medycyny (rozszyfrowanie genomu, potencjał komórek macierzystych, cofanie wskazówek zegara biologicznego) i robi to tak, że "Nieśmiertelność" czyta się z wypiekami na twarzy. Poznajemy rytuały Azteków i syberyjskich szamanów, podglądamy medycynę starożytnych Greków i Egipcjan, zaglądamy w arkana magii i alchemii, aby przekonać się, że marzenie o życiu wiecznym towarzyszy człowiekowi od zarania dziejów.
Lektura obydwu tytułów boleśnie uzmysławia, czym jest życie - kruchym pyłem, który ośmiela się marzyć o nieśmiertelnym, aby za chwilę stać się wspomnieniem lub przypadkiem w policyjnej kartotece. Życie, choć kruche jednako, inaczej w tych książkach waży: u Szczeklika to wartość nadrzędna, o którą się walczy do końca; u Krajewskiego - o życie się nie dba, a na dodatek, tak łatwo je - sobie i innym - odebrać. U Szczeklika szamani podróżują w zaświaty, żeby oszukać śmierć, u Krajewskiego to ludzie, wcielając się w bezwzględnych morderców, z powodzeniem wyręczają kostuchę.
Obie książki, choć z pozoru różne, dotykają tego samego: niewidzialnej granicy między "tutaj" i "tam", którą każdy z nas kiedyś przekroczy, żeby już nigdy tu nie wrócić. Prospero w "Burzy" Szekspira nazywa naszą egzystencję po imieniu:
"Życie to chwila jawy między dwoma snami" *
Zamiast nieśmiertelności czeka nas wielki sen. Może tak właśnie ma być?
Krajewski, M., Kawecki, J. (2015). Umarli mają głos. Prawdziwe historie. Wydawnictwo Znak, Kraków.
Szczeklik, A. (2012). Nieśmiertelność. Prometejski sen medycyny. Wydawnictwo Znak, Kraków.
* str. 121, tamże

30 komentarzy:

  1. Historie mordów jakoś mnie nie pociągają, natomiast przekonałaś mnie co do książki Szczeklika. Ciekawi mnie okładka - dlaczego akurat Dafne i Apollo? Jakiś głębszy zamysł, czy ktoś po prostu pomyślał, że odwołująca się do mitologii rzeźba doda książce ciężaru gatunkowego? Pamiętam, że pisałaś u mnie że każdy z rozdziałów rozpoczyna się reprodukcją jakiegoś dzieła, jednak nie ma do nich nawiązania w tekście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Nieśmiertelność" polecam również z powodu niezwykłej szaty graficznej. Tak jak pisałam u Ciebie - każdy esej rozpoczyna reprodukcja malarskiego dzieła (i to nie wydrukowana, ot tak, zwyczajnie, na stronie, ale naklejona na nią w postaci niewielkiego obrazka na pięknym papierze). Obrazy, choć autor się do nich w tekstach bezpośrednio nie odwołuje, są wyraźnym uzupełnieniem esejów. I tak, rozdział zatytułowany "Przemiany" ilustruje "Alchemik" Thomasa Wycka, esej pt. "Magia" rozpoczyna reprodukcja "Zaklinaczki węży" Henriego J.F. Rousseau, natomiast ilustracją dla "Muzyki w nas" jest "Anioł muzykujący" Fra Angelico. Myślę, że będą to dla Ciebie dodatkowe smaczki! :-)
      Co do okładki - myślę, że tu - podobnie jak w przypadku rozdziałów - o głębszy zamysł chodziło. Tytułowa nieśmiertelność jest wciąż dla nas niedostępna i, tak jak Dafne ucieka przed Apollem, tak tajemnica życia wiecznego wciąż wymyka się medycynie. Inna możliwość to odwołanie do emocji, symbolizowanych przez rzeźbę: przerażenie nimfy - odbiciem ludzkiego strachu przed śmiercią, Apolla pogoń za niedostępnym - nadzieja na spełnienie niemożliwego, towarzysząca na co dzień medycynie. To oczywiście tylko moje przypuszczenia, "na gorąco".
      P.S. Bardzo polecam również poprzednie książki Szczeklika: "Katharsis. O uzdrowicielskiej mocy natury i sztuki" i "Kore. O chorych, chorobach i poszukiwaniu duszy medycyny".

      Usuń
    2. O, rzeczywiście, mam coraz większą ochotę na tę książkę :)
      Twoje interpretacje do mnie trafiają, moje myśli krążyły z jednej strony wokół całego mitu, a z drugiej strony wokół drzewa figowego, w które Dafne zaraz się przemieni, i nie udało mi się znaleźć wyraźnego tropu.

      Usuń
    3. A ja jestem coraz bardziej ciekawa, jakie będą Twoje wrażenia po lekturze. Mam nadzieję, że przeczytam o nich kiedyś na Twoim blogu. Może pojawi się też kolejny trop co do okładki :-)

      Usuń
  2. Po Krajewskiego w tym wydaniu koniecznie muszę sięgnać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znany autor w nowej odsłonie - to zawsze wzbudza i moje zainteresowanie. Polecam!

      Usuń
  3. Książkę Krajewskiego mam w planach. To musi być nietuzinkowa lektura...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno jest to Krajewski w nowej roli. Tematyka podobna (kryminał), ale to już nie fikcja, tylko fabularyzowany reportaż.

      Usuń
  4. Nie przepadam za powieściami Krajewskiego, ale publikacja "Umarli mają głos" mnie interesuje, więc myślę, że któregoś dnia po nią sięgnę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto to zrobić, zwłaszcza, jeśli pasjonuje Cię kryminalistyka. Polecam!

      Usuń
  5. O książce Krajewskiego słyszałam, o Szczekliku - nie. Ale to właśnie ta druga pozycja dużo bardziej mnie zainteresowała (chyba "erudyta" było tu słowem-kluczem;)). Opętanie medycyny ideą życia wiecznego (btw. świetnie pokazane w filmie Aronofsky'ego "Źródło") fantastycznie koresponduje z kryminalistyką, która patrzy na człowieka zdegradowanego jedynie do ciała i historii, które ono niesie. Zrobiłaś naprawdę świetną syntezę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję! :-) Tak się złożyło, że przeczytałam te książki w krótkim odstępie czasowym i, choć pozornie różne, bardzo mi pasowały do wspólnego opisu.
      Lekturę "Nieśmiertelności" można porównać do "Stulecia chirurgów" Jürgena Thorwalda - ten sam ładunek emocjonalny i pasja, z jaką autor prowadzi czytelnika przez trudne początki nauki o chorych. Szczerze polecam, nie tylko "Nieśmiertelność", ale również poprzednie książki Szczeklika.

      Usuń
  6. Lubię Krajewskiego, więc pewnie przeczytam ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zachęcam - panowie mieli ciekawy pomysł na książkę.

      Usuń
  7. Z tematów funeralnych przychodzi mi jeszcze na myśl "Sztywniak" Mary Roach. Opowieści o losach ciał już po śmierci (z pewną dozą humoru, co nie każdemu może odpowiadać). :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Roach stworzyła super serię - czytałam, dokształciłam się i pośmiałam przy okazji ;-) Oprócz "Sztywniaka", bardzo podobał mi się też "Duch. Nauka na tropie życia pozagrobowego". Fakt, że poważnych - bądź co bądź - tematów Roach nie traktuje śmiertelnie poważnie, to właśnie jedna z głównych zalet jej książek :-)

      Usuń
  8. Lata temu czytałam Szczeklika, w czasie krótko po ego śmierci. Niestety i Prometejski sen medycyny i Kaharsis mnie tak zawiodły, że nie poleciłabym nikomu. Wiem, to niepopularne wygłaszać takie sądy o artyście wśród lekarzy, sam grał na fortepianie, występował w Piwnicy pod Baranami (tak, tej piwnicy za życia Piotra Skrzyneckiego). Leczył Artystów (Szymborska, Miłosz) co nie zmienia faktu, że książki wymienione przeze mnie... No cóż.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wniosek: ilu czytelników, tyle opinii. Po książki Szczeklika sięgnęłam, bo interesuje mnie tematyka z pogranicza medycyny, filozofii i historii. Lektura mnie w pełni usatysfakcjonowała :-)

      Usuń
    2. A to była pierwsza książka Szczeklika? Albo pierwsza z esejami?

      Usuń
    3. Chyba najpierw wydano "Kore", potem "Katharsis", a "Nieśmiertelność. Prometejski sen medycyny" ukazała się jako ostatnia, w 2012 roku.

      Usuń
    4. Moje pytanie dotyczyło tego, czy była to pierwsza książka Szczeklika, którą T y c z y t a ł a ś, a nie, którą on napisał. Przepraszam za nieprecyzyjność. Tak, i "Kore" rzeczywiście godna jest polecenia. Oczywiście, można znaleźć słabe punkty, ale nieliczne. I to raczej do dyskusji. "Kore" jest świetna. Reszta, to niestety powtórzenie i wyścig z czasem. Takie jest moje zdanie. Można się spierać, mieć inne zdanie, ale mam wrażenie, że takich dyskusji brakuje.

      Usuń
    5. Jako pierwszą czytałam "Katharsis" (dość dawno temu), a ostatnio właśnie "Nieśmiertelność". Jeśli chodzi o "Kore", to, o ile dobrze pamiętam, czytałam jedynie fragmenty. Ale skoro według Ciebie jest najlepsza z całej trójki, muszę skusić się na całość.
      Ależ spierać się można i należy, zwłaszcza o książki. Najciekawsze dyskusje biorą się przecież z odmienności zdań.

      Usuń
    6. Są kwestie (a w zasadzie jedna), które mi nie pasują w "Kore", oczywiście. Ja przeczytałam ją jako pierwszą, i powiem tak, to może się kłócić z pierwszym zdaniem, ale cóż, książka mnie zachwyciła. Sposób wydania, odniesienie do sztuki, medycyny. Tak dalece, że postanowiłam przeczytać wszystkie książki Szczeklika. Nie oceniam go jako człowieka (jak mogę skoro go nie znałam?), ale jego pozostałe książki srogo mnie zawiodły, wiem, że jedna, ostatnia była pisana w pośpiechu. Dla mnie --- osobiście najważniejsza jest "Kore" reszta, to niestety powtórzenia, a te, są zbędne. Może jeśli przeczytałabym w odwrotnej kolejności? Ale tu, już można tylko gdybać, a tego robić nie chce. Mój gust od przeczytania Kore, znów się zmienił, nie pod wpływem tej książki, ogólnie ewoluuje, nie wiem, jak zareagowałabym teraz na tę pozycję. Jeśli czytać Szczeklika, a to jak najbardziej- chociażby dlatego by "wyrobić sobie zdanie", to rekomendowałabym właśnie "Kore". Jeśli ktosia lub ktoś chce czytać eseje, to książka, którą popełnił Profesor jest dobrym początkiem.

      Usuń
    7. W takim razie coraz bardziej się cieszę, że nie zaczęłam od Kore. Zdecydowanie bardziej wolę sytuację, w której kolejne książki danego autora podobają mi się coraz bardziej, a nie - coraz mniej ;-) Za "Kore" zabiorę się zatem z podwójną przyjemnością, wiedząc, że najlepsze zostawiłam na koniec.

      Usuń
    8. Daj proszę znać, co Ci się podobało, a co Ci się nie podobało. Z wiekiem, i z ilością przeczytanych stron, doświadczeń, jestem coraz bardziej wymagająca np. jeśli chodzi o książki.

      Usuń
    9. Ślad na pewno pojawi się na blogu, jak tylko przeczytam Kore.
      O, mam tak samo. Z wiekiem coraz lepiej znamy siebie, wiemy, czego chcemy, co nam się podoba, a co nie. I dlatego wymagania rosną. Jeśli o mnie chodzi - nie tylko te książkowe ;-)

      Usuń
    10. W moim przypadku kwestia jest taka, nie chodzi o gusta, o "podoba" się, "nie podoba się". Akcent jest gdzie indziej, jeśli autor/ka rzetelnie wykonał/a swoją pracę, doceniam to, może i mnie przekona, do swoich racji, nie musi mi się podobać, aby docenić to, rzetelność, wkład (pracy) i uczciwość wobec mnie. Co innego, jeśli widzę, że autor/ka poszła na łatwiznę, albo ukrywa przeciw argumenty... To nawet gdy był/a jest -kolokwializując- "po tej samej stronie co ja", cóż traci u mnie. Chociaż, nie chodzi o to by być idealną osobą.
      No tak, masz rację, zapotrzebowanie na posiadanie ,wytrzymałych, regały też rośnie. ;-)

      Usuń
    11. A zatem: serce czy rozum - jak oceniamy książki? Sposób, o którym piszesz, udaje mi się stosować właściwie wyłącznie do książek naukowych/popularnonaukowych/dokumentów/reportaży itp., czyli tam, gdzie istotny jest wkład pracy, rzetelność i obiektywizm. Cała reszta, czyli tzw. literatura piękna, to głównie emocje i gusta, więc albo mi się podoba, albo nie. Albo chwyta za serce, albo... No właśnie. I nie robi wtedy wrażenia wkład pracy, dajmy na to, fakt, że czytam 700-stronicowe tomiszcze ;-). Jest książkowa chemia, albo jej nie ma :-)

      Usuń
    12. To ciekawe co piszesz, kiedyś też tak myślałam, teraz myślę inaczej, ale nie jest to kwestia "posiadania racji".
      Myślisz, że Szymborska nie przygotowywała się do pisania wierszy? Przygotowała, pomagał jej (coś np sprawdzając) M. Rusinek. A Dukaj, pisząc Lód? ;) Pozdrawiam,

      Usuń
    13. Ależ ja nie neguję wkładu pracy w literaturę piękną lub poezję! Często jest przecież większy niż przygotowanie faktograficzne w pracy reportera/biografa. Mówię o perspektywie odbiorcy (tu: głównie własnej). Literaturę piękną odbieram sercem, nie rozumem: tak jak napisałam, tutaj bardziej niż czynniki obiektywne (męki twórcze autora, wkład pracy itp.), liczą się dla mnie emocje. Poza tym, mam wrażenie, że wspomniany wkład pracy jest po prostu mniej widoczny w przypadku literackiej fikcji. To opracowania historyczne, biografie, reportaże, o których wiemy, że autor się nad nimi napracował - i posiedział sobie w archiwum - robią pod tym względem (większe) wrażenie. Pozdrowienia!

      Usuń