Strony

13.09.2015

Książka na kozetce #1. Co psychologia mówi nam o książkach i czytaniu?

Mój znajomy, Michał, twierdzi, że książki mają duszę. Miałam duszę na ramieniu, gdy to usłyszałam, ale przecież Michał to znany bibliofil, który między okładkami widzi więcej niż zwyczajny czytelnik. A po chwili przyznałam mu rację. Tak, książki mają duszę - zupełnie jak ludzie. Każdy tom jakoś wygląda (lepiej lub gorzej, zależy od okładki), jest ubrany (w szatę graficzną) ma charakter (zwany "gatunkiem") i swoje waży (niektórym opasłym tomiszczom przydałaby się dieta). My mamy imiona, a książki - tytuły, my - rodziców, one - swych autorów. 
Na co dzień jestem związana z książkami i z psychologią. A ponieważ nurtuje mnie szereg zjawisk związanych z książkami, ich wyjaśnienia postanowiłam poszukać w psychologii. Gdzie indziej, skoro uwierzyłam w literacką psyche? Ten tekst nie będzie psychozabawą w stylu "Pokaż mi, co czytasz, a powiem Ci, kim jesteś" (chociaż zawartość naszych biblioteczek mówi o nas więcej, niż przypuszczamy), ani nie położę Was na wirtualnej kozetce (a przynajmniej nie tym razem). Postanowiłam sprawdzić, jak psychologia wyjaśnia zjawiska związane z czytaniem. Oto, co się okazało.

1. CO POCZĄĆ Z NIEDOCZYTANĄ LEKTURĄ?
Kiedyś czytałam wszystko od deski do deski, Teraz książkowe niewypały najczęściej odkładam z powrotem na półkę. Trochę mi żal tej młodzieńczej wytrwałości. Bo co, jeśli coś przez to tracę? Zaskakujące zakończenie, nagły zwrot akcji, która dopiero pod koniec nabiera rumieńców? Pojedyncze zdanie, warte zapamiętania? Trudno. Uważam, że miłość - ta do książek - powinna być od pierwszej strony. A czy przerwane lektury oddziałują na nas w taki sam sposób, jak te doczytane do końca? 
 W psychologii twierdzi się, że lepiej pamiętamy czynności niedokończone (na przykład przerwane w połowie) niż zakończone. Zjawisko to nazywa się efektem Zeigarnik (od nazwiska badaczki, którą interesowały mechanizmy ludzkiej pamięci). Zgodnie z tą prawidłowością, to lektury przerwane w połowie powinny bardziej zapadać nam w pamięć. Może dlatego, że pytanie o finał niedoczytanej historii pozostało bez odpowiedzi? Pewnie tak. A wniosek praktyczny? Jeśli chcemy szybko zapomnieć o nudnych lekturach, wypadałoby przeczytać je... od deski do deski! ;-)

2. WSZYSCY CZYTAJĄ, CZYTAM I JA
Ludzka natura uwielbia chodzić na skróty. Po co w pocie czoła zdobywać informacje, analizować wszystkie "za" i "przeciw", w jakim celu zaprzątać sobie głowę tym, co trzeba i należy, gdy zachowanie innych dostarcza nam gotowych wzorców? Wszyscy mają produkt X? Musi być naprawdę dobry! Wszyscy czytają Y, więc to na pewno świetna lektura, myślimy. Nasza tendencja do podążania za tłumem to jedna z metod wywierania wpływu, wykorzystywanych powszechnie w reklamie. Również w reklamie książek. Listy bestsellerów i sprzedażowych hitów służą jako tzw. społeczny dowód słuszności. 100 milionów sprzedanych egzemplarzy? Te liczby robią wrażenie. Tylu czytelników nie może się mylić, prawda?
Nieufnie przyglądam się dziełom, które już w momencie rynkowego debiutu okrzyknięte są bestsellerami i podejrzliwie podchodzę do powszechnych nad nimi zachwytów. Ostatnio zupełnie mi z takimi rankingami nie po drodze. Odmienność gustów nie dziwi, zwłaszcza, że o gustach się nie dyskutuje. Ale jeśli się bardzo chce, to można. A gdzie indziej, jeśli nie na blogu o książkach, zadać sobie pytanie: "Co takiego wszyscy w tej książce widzą?!"

3. ROZDZIAŁ PIERWSZY, A MOŻE OSTATNI?
Ludzka pamięć bywa zawodna. Znikają z niej nie tylko imiona i nazwiska, numery telefonów i daty, ale także książkowe fabuły. Książka, jaka jest, każdy widzi. Na pierwszy rzut oka to tylko okładka i wnętrze. A wnętrze to, rzecz jasna, początek, koniec i to, co pomiędzy. Co pamiętamy lepiej: początki czy zakończenia ulubionych lektur? A może potrafimy wyrecytować z pamięci całą fabułę? 
Psychologia dowodzi, że z szeregu docierających do nas informacji najlepiej zapamiętujemy te, które pojawiły się na końcu (efekt świeżości) oraz na początku (efekt pierwszeństwa). To na nich zazwyczaj zakotwicza się nasza uwaga. Być może dlatego niektórzy pisarze zaczynają swe dzieła od wielkiego "BUM!", a inni najlepsze zostawiają na koniec. Osobiście bardziej pożądam intrygujących książkowych finałów, niż początków - ważniejsze, jak się coś kończy, a nie, jak zaczyna. Wszyscy pamiętamy finał burzliwej miłości Scarlett O'Hary i Rhetta, ale czy wiemy, jaki był jej początek? No właśnie.

4. NIE SĄDŹ KSIĄŻKI PO OKŁADCE
Jesteśmy leniwi. Łakniemy szybkich informacji, nie mamy czasu na długie analizy. Dlatego jest spora szansa, że mój znajomy Michał, znany książkożerca, wyda się Wam również inteligentny, zabawny, a może nawet odpowiedzialny i punktualny (choć z tym ostatnim trochę u niego na bakier). Tendencja do ogólnej pozytywnej oceny danej osoby na podstawie pojedynczej posiadanej przez nią cechy, to znany w psychologii efekt aureoli
A czy książkom, tak jak ludziom, też zakładamy aureole? Wiele razy przyciągnęła mnie do książki kolorowa okładka czy intrygujący tytuł. Równie często łapię się na myśleniu, że pięknie wydana książka musi być ciekawa, zabawna, wartościowa. A czy jest tak naprawdę, czy po lekturze okazuje się, że aureola naszej książki trochę się przekrzywiła, to już zupełnie inna historia...

P.S. Złaknionym rozwiązywania zagadek z pogranicza psychologii i życia, polecam lekturę książek, będących biblią studentów i absolwentów psychologii:
Aronson, E., Wilson, T.D., Akert, R.M. (1997). Psychologia społeczna. Serce i umysł. Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań,
oraz
Zimbardo, P.G., Ruch, F.L. (1988). Psychologia i życie. PWN, Warszawa.

24 komentarze:

  1. Ja wiem! Ja wiem! Rzuciła w niego talerzykiem z ciastem. Przynajmniej w filmie, bo książka, cóż, jeszcze przede mną ;). Ale zgadzam się, że "Frankly, my dear, I don't give a damn" bardziej zapada w pamięć. Zimbardo natomiast, pożyczony dawno temu od siostry, stoi u mnie na półce. Ciągle sobie obiecuję, że kiedyś przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rhett w ogóle bardzo zapada w pamięć ;-). A na Zimbardo przyjdzie kolej - "After all, tomorrow is another day"!

      Usuń
  2. Zaciekawił mnie efekt Zeigarnik. Muszę chyba poczytać coś na ten temat :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie polecam "Psychologię i życie", a w szczególności rozdział pt. "Język, komunikowanie się i pamięć".

      Usuń
  3. Szczerze - nie wydaje mi się, żebym bardziej pamiętała te niedoczytane książki niż te skończone. Ale też kiedyś miałam tak, że nie przepuszczałam i każdą,nawet najgorszą, lekturę starałam się dokończyć. Mimo wszystko trzeba jednak w życiu wybierać i lepiej rezygnować z czegoś gorszego na rzecz bardziej wartościowej pozycji. A Scarlett O'Hara i Rhett - cudowny przykład <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możliwe, że czasem freudowskie wyparcie jest silniejsze niż efekt Zeigarnik :-). Ostatnio wyjątkowo doczytałam do końca książkę, która nie podobała mi się od samego początku i teraz nie pamiętam nawet imion głównych bohaterów. Rozstanie Scarlett i Rhetta zapada w pamięć, może dlatego, że, w porównaniu z większością (ówczesnych) książek o miłości, było tak nietypowe?

      Usuń
    2. Nietypowe i mocne jak uderzenie obuchem:)

      Usuń
    3. O tak! Za każdym razem, gdy oglądam film (nic na to nie poradzę - za sprawą aktorów ta historia wypada dużo barwniej niż na papierze), mam niczym nieusprawiedliwioną nadzieję, że do rozstania nie dojdzie. Tak czy inaczej, Scarlett to twarda sztuka. Na pewno sobie poradziła bez Rhetta.

      Usuń
  4. Świetny tekst, gratuluję :) Co do nudnych książek to niestety od dawna nie zdarzyło mi się żadnej porzucić. Nawet jak mi się nie podoba, to brnę dalej, co w sumie uważam za stratę czasu, ale cóż poradzić.

    Co do list bestsellerów, stała się na nie odporna i wiem, że np. Grey to nie dla mnie, mimo że mnóstwo ludzi się zaczytuje tą historią. Natomiast szybko ulegam książkom polecanym przez blogerów. Jeśli widzę, że kilka osób, których teksty i opinie cenię, polecają dany tytuł, to już włącza mi się ochota na czytanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! :-) Wyszłam z założenia, że "tak mało czasu, tak dużo książek" i coraz częściej książkowe niewypały porzucam, nieukończone. O tak, zaufane blogi to dobre źródło opinii i inspiracji!

      Usuń
  5. "Społeczny dowód słuszności" na mnie nie działa. Jak wszyscy czytają, to mam silny wewnętrzny opór przed siegnięciem po. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I słusznie, przecież "nie wszystko złoto, co się... czyta" ;-) Też tak mam, ale u mnie to przyszło z wiekiem i tomami literackich doświadczeń.

      Usuń
  6. Ciekawy post;) Ja mam nawracające wyrzuty sumienia po porzuceniu niedokończonej książki. Meczy mnie to okrutnie bo lubię dyskutować a czuję że nie mam prawa się wymądrzać skoro nawet nie do dobiłam do końca. Uważam, że w tym "pamiętaniu niedokończonego" coś jest. Pozdrawiam;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niedokończone lektury potrafią się mścić ;-) Czytać, nie czytać (do końca) - oto jest pytanie!

      Usuń
  7. Nie wierz Michałowi, jak widać czytanie książek nie chroni przed pleceniem andronów :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marlow, czyżbyś był książkowym ateistą?! ;-)

      Usuń
  8. Też kiedyś miałam to zaparcie,że kończyłam książki, które mnie irytowały albo nudziły. Teraz dojrzałam i nawet bez wyrzutów sumienia porzucam fabuły, które mnie nie wciągają po 100 stronach (tak, tak, robię taki test 100 stron, chociaż w przypadku "Wschodu" Stasiuka dobrnęłam do ponad 200 i wtedy stwierdziłam- Stasiuk, nie Stasiuk, chopie, nudzisz tak, ze melisy mi na sen nie trzeba, a życia mało, a książków tak dużo, szkoda czasu na usypiacze.)
    Jeżeli chodzi o marketnig książkowy- tez podchodzę sceptycznie do wychwalanych i polecanych przez różne autorytety premier. Choć czasem, jak widzę, że zaufani blogerzy się zachwycają albo i nie, to sama jestem ciekawa, czy mi się nowy tytuł spodoba, więc wtedy się skuszę, by wyrobić sobie własne zdanie. Tak było np. w przypadku przytoczonego wyżej Stasiuka. "Wschód" zebrał bardzo dobre recenzje, ale jakoś nie miałam okazji go jeszcze przeczytać, a Stasiuka cenię i lubię. No to teraz jak dostał nominacje do Angelusa, to już za punkt honoru uznałam przeczytanie go przed galą. No i masz babo placek, zaufane osoby chwalą, a ja śpię. Co oni w tym widzą?
    A w ogóle, to ciekawy pomysł na wpis :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Może będzie kontynuacja, taki cykl - "książka na kozetce"? Bardzo ciekawy pomysł na "test 100 stron", muszę wypróbować. Zaufane blogi to jest to, chociaż, jak pokazuje Twój przykład, ostateczną czytelniczą instancją pozostaje... sam czytelnik ;-). Tak jak ze wszystkim, najlepiej sprawdzić na własnej skórze. A propos Angelusa, przypomniałaś mi, że nagrody literackie też są takim, bardzo silnym, społecznym dowodem słuszności.

      Usuń
  9. Sporo ciekawych informacji. Ja również nie raz dałam się skusić pięknej okładce i nie jeden bestseller mnie rozczarował. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka to już dola książkowego mola ;-)

      Usuń
  10. Po Twoim poście wychodzi mi, że jestem psychologicznym dziwadłem, jeśli o książki chodzi ;).

    Bo tak: zastanawiam się i nie wiem, czy w moim przypadku efekt Zeigarnik się da zauważyć. To znaczy tak szybko analizując nie zauważam, żeby te niedokończone książki zapadały mi w pamięć bardziej. A a propos tego punktu: pierwsza strona rzadko mnie aż tak przykuwa do lektury ;). W sensie -- zwykle daję jednak szansę na przykład pierwszym pięćdziesięciu ;). Bestsellery budzą moją nieufność, to znaczy nie od razu podchodzę do nich na "nie", ale też jeśli mi nie podejdą nie utwierdzam się w przekonaniu, że to jednak dobre, a ze mną może być coś nie tak, chociaż dopuszczam oczywiście możliwość, że jednak nie dostrzegłam w książce "tego czegoś". I w ogóle uważam, że jakieś oczekiwania muszą spełniać (czy może: czyjeś), więc nie potępiam ich bynajmniej.

    I też pamiętam początki Scarlett i Rhetta ;). Bo mnie zapadają jednak w pamięć sceny, które jakieś wrażenie na mnie wywarły -- nie muszą być na końcu ani na początku. Chociaż do pięknych pierwszych zdań i uderzających ostatnich mam słabość :).

    A właśnie, to co znajduje się w punkcie czwartym, jakoś uzasadnia ostatnią tendencję do sprzedawania książek, które miały już pewną rozpoznawalną, ale nie zawsze zachęcającą szatę graficzną w innych, takich "w normie rynkowej" (przykład harlekinów -- którym się drastycznie zmieniło okładki, co mnie fascynuje, odkąd to odkryłam).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygląda na to, że wymykasz się wszelkim prawidłowościom ;-) Ale to przecież naturalne, różnice indywidualne wiele tłumaczą.
      No tak, tu bardziej chodzi o jakiś umowny "początek", a nie o pierwszą stronę. Już któryś raz z kolei spotykam się z testem "określonej strony", do której daje się szansę książce. Muszę wypróbować go na sobie, ale - znając siebie - pewnie po tej 50-tej czy 100-tnej stronie, zobaczywszy np, że bliżej już końca niż dalej, doczytałabym książkę.
      I bardzo słusznie, że nieciekawe - w naszym odczuciu - książkowe hity nie pozostawiają nas z przekonaniem, że to z nami czy z naszym gustem jest coś nie w porządku. To okropne myślenie, które również staram się w sobie zwalczać, gdy tylko się na nim przyłapię. A tendencja porównywania (i uzależniania) własnych sądów i opinii z sądami grupy, społeczności, jest niesłychanie silna. Warto być jej świadomym.
      O, trafna uwaga! Efekt aureoli okazuje się być bardzo pojemny. Zmieniona szata graficzna starych książek rzeczywiście "działa". Marketingowcy są świadomi faktu, że kupujemy "oczami" ;-)

      Usuń
    2. Dlatego trzeba wybierać takie gruuube książki, gdzie sto stron to zaledwie początek i wtedy jak nie ciekawi, rzucać ;). Żartuję oczywiście, ale coś w tym jest, że większość książek -- bo nie wszystkie -- traci przy rozwlekłej ekspozycji.

      Usuń