Strony

28.06.2016

Co z tym człowiekiem?: "Serce umiera ostatnie" Margaret Atwood

Białe ściany przytulnego domu, świeża pościel w różyczki, kubek kawy i puchate ręczniki, dzięki którym można pozbyć się osadu kolejnego dnia: wszystkie małe i duże udogodnienia codzienności, na które zabiegana świadomość nie zwraca uwagi - aż do chwili, w której trzeba zrezygnować z normalności. I uwić gniazdko w tunelu metra, w wilgotnych kanałach lub - jak Stan i Charmaine z powieści Margaret Atwood - wprost na ulicy. Używana honda z trzeciej ręki, w której mieszka młode małżeństwo, willi raczej nie przypomina, choć ma jeden plus: jest mobilna, więc, o ile są pieniądze na benzynę, można uciec przed hordami rzezimieszków, grasujących po bezimiennym, bezpańskim mieście. 
Stan i Charmaine mieli niegdyś pracę, dom i różową przyszłość przed sobą - ale bezrobocie i zapaść gospodarcza wygoniły ich, razem z innymi przedstawicielami klasy średniej, na bruk. Czy można dziwić się zatem wygnańcom ze strefy komfortu, że odpowiadają na ogłoszenie o naborze do społecznego eksperymentu Pozytron, który gwarantuje zatrudnienie i dach nad głową? Czy nie postąpilibyśmy na ich miejscu tak samo? Pod płaszczykiem fantastyczno-naukowego thrillera, "Serce umiera ostatnie" redefiniuje naturę człowieka i wskazuje nowe zagrożenia - jakże inne od tych znanych i "oswojonych", o których słyszymy codziennie w wieczornych wiadomościach.
Projekt Consilience/Pozytron jawi się jako remedium na plagi współczesności: brak pracy i gospodarczą niestabilność, a polegać ma na rozbudowie więzień i zorganizowaniu wokół nich pełnego zatrudnienia. Każdy mieszkaniec Pozytronu prowadzi życie na dwie zmiany: za miesiąc wolności w miasteczku Consilience płaci miesiącem odosobnienia w zakładzie zamkniętym, dając zajęcie strażnikom oraz pracownikom więziennego biznesu. Haczyk? Istnieje: kto raz przekroczy mury Pozytronu, nie może go opuścić. Co gorsza, okazuje się, że futurystyczny projekt wcale nie jest oazą spokoju i szczęśliwości...
Atwood osadziła powieściową apokalipsę w dekoracjach rodem z science-fiction, ale, w odróżnieniu od wielu kulturowych wizji końca świata, kanadyjska pisarka nie używa sytuacji granicznej jedynie jako pretekstu do zadawania pytań - ona z n a odpowiedzi. I zdradza je czytelnikowi bez upiększeń, uświadamiając przerażającą prawdę, jak niewiele w istocie potrzeba, aby znajomy ład obrócić w chaos. W tym celu Atwood miesza powieściowe gatunki i style: ubiera historię Stana i Charmaine w stylistykę więziennego thrillera, żeby zamienić ją niepostrzeżenie w miłosną farsę, przypowieść o moralności i wreszcie - w pełen absurdu surrealistyczny kryminał szpiegowski. Konglomerat gatunków nie jest tu sztuką dla sztuki - różnorodność form wyrazu pozwala pokazać mnogość sposobów manipulacji, jakim podlega współczesny człowiek. Bo omamić go łatwo, i to na wielu poziomach, począwszy od pozbawienia go możliwości zaspokojenia elementarnych życiowych potrzeb:
"Kto nie chciałby dobrze zjeść trzy razy dziennie i wziąć normalnego prysznica, nosić czystych ubrań i sypiać w wygodnym łóżku bez pluskiew? (...) człowiek miałby pełnopłatne zajęcie, trzy pełnowartościowe posiłki dziennie, trawnik do pielęgnowania, żywopłot do strzyżenia (...). Jednym słowem, a raczej dwoma: wartościowe życie".*
Równie często oszukujemy się sami - obietnicą szczęścia w cudzych ramionach (Stan i Charmaine wikłają się w obsesyjną relację miłosną z parą swych Pozytronowych zmienników) albo złudzeniem o własnej moralności (Charmaine, ta sama, która na "wolności" wierzy w niepotwierdzoną empirycznie prawdę, że człowiek jest z natury dobry, za murami Pozytronu para się eliminacją przestępców za pomocą strzykawki z zabójczą substancją). Pod piórem Atwood apokalipsa zamienia się w przypowieść spisaną - dla kontrastu niejako - ze sporą dawką poczucia humoru. Stosownie do okoliczności, jest ono podszyte ironią i sarkazmem, które dochodzą do głosu w obficie cytowanych mądrościach ukochanej babci Charmaine, w komentarzach, jakie wygłaszają bohaterowie na temat swego tragikomicznego uwikłania oraz w opisie perypetii Stana, który w przebraniu Elvisa Presley'a ucieka poza mury Pozytronu, aby głosić złą nowinę o Projekcie i jego mrożących krew w żyłach machlojkach.
Atwood zaczyna serię pytań o człowieka od rozważań na temat konsekwencji pozbawienia go dachu nad głową, pełnego talerza i zarobkowego zajęcia, kończy zaś pytaniem o skutki manipulacji emocjami przy pomocy neurochirurgicznych ingerencji w ludzki umysł - w powieści wystarczy laserowy zabieg, aby zapewnić sobie dozgonną miłość dowolnie wybranej osoby. Dziś brzmi to jak złowieszcza bajka, która już jutro - kto wie? - może stać się fanaberią bogaczy i marzeniem biednych, podobnie jak powieściowe roboty od seksu, wierne kopie kobiet i mężczyzn, "seksualnych podręcznych".
Można człowieka zniewolić na wiele sposobów, ale zniewolenie największe - zdaje się mówić Atwood - to odebranie mu wolnej woli, pozbawienie go możliwości samostanowienia, która sprawia, że w świecie zwierząt jedynie on może zwać się panem samego siebie. Zatrważające, jak często sami zrzekamy się wolnej woli, bez przystawionego do skroni pistoletu. Wystarczy tak niewiele, tyle co nic właściwie: brak świeżej pościeli w różyczki, kubka kawy i puchatych ręczników, dzięki którym można pozbyć się osadu kolejnego dnia. Bo
"Brak pieniędzy się liczy. Jak się musi nosić używane ciuchy, to też się liczy. Właśnie dlatego, że takie rzeczy się liczą, zapisali się do Projektu".**
Mówią, że serce umiera ostatnie - to prawda. Podobnie rzecz ma się z nadzieją. A ty? Czy wciąż masz nadzieję, że cena za zachowanie złudzeń o normalności nie jest wysoka? A może twierdzisz, że nie sprzedałbyś własnej niezależności w zamian za ułudę bezpieczeństwa i pełnego talerza? W doskonałym świecie nie musielibyśmy zadawać takich pytań. Ale - no cóż - to nie jest doskonały świat.
Atwood, M. (2016). Serce umiera ostatnie. Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa.
Tytuł oryginalny: The heart goes last
Tłumaczenie: Małgorzata Maruszkin
*Ibidem, str. 58;
**Ibidem, str. 274.

17 komentarzy:

  1. Pierwsze słyszę o tej książce. Brzmi całkiem interesująco, a pytania na końcu twojej recenzji nie dają mi spokoju:) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To najnowsza powieść Atwood, miała premierę w kwietniu. I tak, to taka książka, która nie daje spokoju. Kto ma odwagę, niech czyta!

      Usuń
  2. Margaret Atwood to pisarka, która ostatnio za mną chodzi (szykanuje mnie wręcz) - na odwiedzanych przeze mnie blogach regularnie natrafiam na wpisy poświęcone jej dziełom, które pełne są uznania dla prozy Kanadyjki. Z chęcią sprawdzę czy styl Atwood sprosta moim gustom :)

    "Serce umiera ostatnie" jawi się jako piekielnie ciekawa lektura - zarys fabuły być może wcale nie jest tak odległy, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To znak! Znak ewidentny, żeby jej książki przeczytać. Wydaje mi się, że "Serce umiera ostatnie" mogłoby Ci się spodobać.
      Co do prawdopodobieństwa całej historii - no właśnie, trudno oprzeć się wrażeniu, że tak może wyglądać świat już za chwilę. Mam jednak nadzieję, że nie będzie to wizja prorocza...

      Usuń
    2. Ambrose, znowu spotykam Cię na wspólnym blogu, znaczy także odwiedzanym, i znów się zgadzam z Twoim zdaniem, z tym, że zacznę chyba od innej książki. Dlatego, że mam niektóre w zasięgu ręki.

      Usuń
  3. Ta okładka jest po prostu fenomenalna. Fabuła mnie natomiast jeszcze bardziej zaintrygowała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomysł na okładkę był świetny, ale... kolory nie moje ;-) Za to na zawartość okładek narzekać nie można!

      Usuń
  4. A przeczytałaś "Zbójecką narzeczoną" tej autorki ? Pytam, bo mam w planach na wakacje..
    pozdrawiam
    tommy z samotni

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dotąd znam tylko "Dług. Rozrachunek z ciemną stroną bogactwa" oraz "Kobietę do zjedzenia" - obie książki naprawdę niezłe. "Zbójecka narzeczona" leży u mnie na półce i czeka cierpliwie w kolejce. Mogę zdradzić Ci jedynie opinię z drugiej ręki - czytała ją moja Mama i bardzo jej się "Zbójecka..." podobała :-)

      Usuń
  5. Na razie czytałem co prawda tylko "Opowieść podręcznej", ale jest to jedna z najlepszych powieści, które dane mi było czytać. W postanowieniach na ten rok mam kolejną powieść Atwood, a Twoja recenzja brzmi zachęcająco. Choć chciałbym przeczytać w oryginale.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jeszcze "Opowieści podręcznej" nie czytałam, ale znam książkę ze słyszenia - widać, że tworzenie antyutopijnych światów to tematyka bliska Atwood. Lubisz czarny humor i powieściowy surrealizm, więc "Serce umiera ostatnie" powinno Ci się podobać. A czytanie w oryginale to zawsze dobry pomysł.

      Usuń
  6. Przede wszystkim - jestem pod wrażeniem recenzji! Nie tylko pięknie napisana, ale - jak sądzę - idealnie wprowadza w klimat książki...
    "Złowieszcza bajka" - mówisz? Wiem, że teraz uogólniam, ale patrząc na to, co się dzieje wokół, na wydarzenia historyczne i współczesne - dochodzę do wniosku, że człowiek ma jakiś wyjątkowy talent do tworzenia chaosu wokół siebie. A z rozwojem nauki - zamiast być coraz mądrzejszy - ma tylko coraz lepsze narzędzia do tego, żeby się do tego chaosu przyczyniać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-)
      "Złowieszcza bajka" - idealnie powiedziane! Chociaż - no właśnie - bajka to czy nie-bajka? Oby jednak to pierwsze. Myślę tak samo jak Ty: gdzie człowiek, tam chaos, gdzie ludzie, tam problemy. Literatura ostrzega nie od dziś, ale książki sobie, a życie sobie...

      Usuń
  7. Atwood to dla mnie fenomenalna "Opowieść Podręcznej", po której przez długie dni nie mogłam się uspokoić. "Serce umiera ostatnie" mnie intryguje, choć nie ukrywam, że spodziewam się raczej powieści dobrej, niż fenomenalnej, czego poniekąd oczekuję po antyutopii. Być może to przez ten miszmasz gatunkowy, a może dlatego, że mnie taka tematyka przestała już zadziwiać. Wystarczy spojrzeć, co dzieje się wokół nas, by zacząć przewidywać upadek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz niezłą intuicję, bo "Serce umiera ostatnie" to dobra powieść, może nawet - pod pewnymi względami - bardzo dobra, ale nie fenomenalna. W każdym razie, mnie usatysfakcjonowała; lubię, gdy książki żywo reagują na rzeczywistość. Właściwie mogę powiedzieć, że tylko takie mnie interesują. A pomieszanie gatunków wychodzi tej powieści jedynie na dobre, choć mógł to być pomysł karkołomny. Ale jeśli ma się takie pióro jak Atwood, to ryzyka brak!
      Tematyka niby nowa nie jest, a jednak zadziwia - tym razem Atwood pokazuje inną "odmianę" apokalipsy, niż ta, o której mowa w "Opowieści podręcznej" (wnioskuję z opisu, bo tej książki jeszcze nie czytałam). Zresztą, Olgo, czytujesz Bukowskiego i Houellebecq'a - a oni niby też nie zaskakują (wręcz przeciwnie, są bardzo konsekwentni w opisywaniu człowieczego i społecznego upadku), a jednak chce się ich czytać :-)

      Usuń
  8. Atwood to dla mnie przede wszystkim przerażająca, niesamowita „Opowieść podręcznej” oraz mniej znane, a znakomite „Wynurzenie”. „Okaleczenie ciała” podobało mi się nieco mniej. Muszę powiedzieć, że ucieszyłam się z Twojej pozytywnej recenzji, bo bardzo chciałam przeczytać tę książkę, a tekst zamieszczony w Biblionetce przez Misiaka297 mocno mnie zniechęcił. Biłam się z myślami: czytać, nie czytać? Teraz wiem, że przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Opowieść podręcznej" ja z kolei umieszczam na początku kolejki "do przeczytania" - wszyscy się zachwycają, a ja, jak dotąd, znam tylko "Dług. Rozrachunek z ciemną stroną bogactwa" oraz "Kobietę do zjedzenia". No i "Serce umiera ostatnie", które, mam wrażenie, może nie wywołać tak piorunującego wrażenia jak "Opowieść podręcznej", ale moim zdaniem jest niezłe. A na pewno ważne, bo to "nowa" utopia i nowe problemy - tylko człowiek wciąż mały i wciąż ten sam. O ile lubisz nieco surrealistyczne klimaty i literacką krytykę współczesności, nie powinnaś się rozczarować. Zresztą, i tak zawsze najlepiej sprawdzić książkę "na sobie".

      Usuń