Strony

14.06.2016

Pamiętnik sprzed lat albo wakacje '86

Zwyczajny zeszyt w kratkę, w szaro-burej okładce, wyprodukowany przez Wrocławskie Zakłady Wyrobów Papierowych - z wydrukowanym na ostatniej stronie sloganem Państwowej Inspekcji Pracy: "Stawką życie i zdrowie" - stoi na półce między "Przeminęło z wiatrem" a "Rozmówkami polsko-włoskimi". Otwieram go z niecierpliwością, nie zwracając uwagi na pożółkłe ze starości kartki ani na podarty grzbiet okładki. Im dłużej szukałam tego niepozornego zeszytu, tym bardziej traciłam nadzieję na jego istnienie. A tymczasem - jest! Już na pierwszej stronie jak wół stoi, że to Dziennik, a poniżej, pośród kolorowych wyklejanek z kobiecej prasy, którą podbierałam mamie, żeby poddać ją niszczycielskiemu działaniu nożyczek, data: 31.07.1986. Truchleję na moment, ale szybko przypominam sobie, co mam wpisane w dowodzie jako data urodzenia (łamane na "date of birth") i przyznaję rację kalendarzowi. Nieźle się, zeszyciku, ukryłeś! - myślę. - Trzy dekady bez mała... - a w głębi duszy czuję podekscytowanie na myśl o czekającej mnie lekturze. 
Tytułowa strona Dziennika
Lipiec '86 to czas szczególny w moim krótkim - wciąż lubię tak myśleć - życiorysie: to pierwsze wakacje, spędzone na wczasowym turnusie z dala od domu i jedyne, których wspomnienie ocaliłam na zawsze, zapisując wrażenia w rzeczonym brulionie w kratkę. Pierwsze zdanie Dziennika, zapisane moją, kilkuletnią wówczas, ręką, brzmi:
"Przyjechaliśmy do Nałęczowa o godzinie 14:00 pociągiem pospiesznym".
Przyznać trzeba, że to pierwsze zdanie idealne, które z powodzeniem mogłoby służyć za początek pełnego zwrotów akcji thrillera lub romansu w XIX-wiecznym stylu. Prawda? Bo jest tu wszystko: i romantyczna lokalizacja (Nałęczów słynie z sanatoriów, a te, jak wiadomo, sprzyjają amorom) i długa podróż, szczęśliwie dotarciem do celu zakończona, i narrator z pamięcią ostrą jak brzytwa, który zapamiętuje takie błahostki, jak pora przyjazdu i rodzaj transportu. Ale - zejdźmy na ziemię - mojemu dziennikowi sporo brakuje do rozmachu Wielkich Powieści. Jest  zwięzły w treści, o czym świadczy choćby lakoniczne podsumowanie pierwszego dnia pobytu:
"Mieszkamy w dużym pokoju. Domu pilnuje biały owczarek. W Pijalni Wód kupiłam sobie torebkę".
Zakupowe łowy pierwszego dnia na wczasach?! Mała kobietka...! Torebki nie pamiętam, ale wiem, że owczarek wabił się Barry i uwielbiał kokosanki, którymi dokarmiałam go ukradkiem, z dala od karzącego wzroku dorosłych, którzy tak dzieciom, jak i zwierzętom, zabraniają wszystkiego, co dobre. Pijalnia Wód natomiast to miejsce, w którym do dziś spróbować można słynnej mineralnej z Nałęczowa. 
Pierwszy dzień w Nałęczowie - i pierwsza zapisana kartka
Następnego dnia, w kawiarni "Ewelina" na ulicy Lipowej, ocieram się o Wielką Literaturę. To właśnie w willi, w której mieści się dziś słynna w okolicy kawiarnia, w latach 1900-1910 mieszkał i tworzył Bolesław Prus - to tutaj powstały liczne rozdziały "Lalki" oraz "Placówka". Pisarz po raz pierwszy odwiedził Nałęczów w roku 1882 - przyjechał leczyć się z agorafobii, ale miłość do uroczego uzdrowiska kazała mu wracać doń jeszcze wiele razy. Nałęczów sprzyjał pisarzom: do jego miłośników i bywalców zaliczali się również Henryk Sienkiewicz i Stefan Żeromski (to w Nałęczowie postały "Popioły" i "Dzieje grzechu"). Musiało zrobić to na mnie wrażenie, bo następnego dnia, jak twierdzi Dziennik, odwiedzam nałęczowską księgarnię, którą opuszczam z siedmioma (!) notesami i długopisem, a na dodatek w kiosku Ruchu kupuję ogromny ołówek - rozmiarem podobny do długopisu-symbolu, którym w trzy lata później Lech Wałęsa podpisze porozumienia sierpniowe. Co zapisywałam nowymi przyborami w siedmiu notesach? Niestety, nie pamiętam. Za to, dzięki Dziennikowi, wiem, że tego dnia na kolację
"(...) była kaszanka i pyszne ciasto".
Nałęczowskie menu, stołówkowe i kawiarniane
Smak rzeczonej kaszanki pamiętam do dziś. To właśnie w Nałęczowie spróbowałam jej po raz pierwszy i od tamtej pory wyjątkowo za nią przepadam. Dzień kolejny zapisał się w Dzienniku dzięki wizycie w muzeum Bolesława Prusa, zakupowi wiklinowego koszyka - dobrze, że w PRL-u nikt jeszcze nie słyszał o zakupoholizmie! - oraz oglądanej w telewizyjnej świetlicy dobranocce o "Misiu Coralgolu". Ta bajka przegrywała w moim prywatnym rankingu z "Bolkiem i Lolkiem" oraz z "Reksiem", ale i tak nie dziwię się, że
"Spało mi się bardzo smacznie".
Malutką nałęczowską księgarnię odwiedzam jeszcze wiele razy i nigdy nie wychodzę z niej z pustymi rękoma. Z jednym wyjątkiem: szóstego sierpnia okazało się, że nie mają "Magnusa i wiewiórki", książki, którą bardzo chciałam przeczytać. Nie miałam więc książki, ale miałam koleżankę - na stołówce poznaliśmy Ewę (dziś jest poetką - i niech ktoś powie, że w Nałęczowie nie krążą literackie fluidy!) i jej mamę. W towarzystwie miłych pań jedziemy na wycieczkę do pobliskiego Lublina:
"Lublin to ładne miasto. Kupiłam sobie dwie książki, między innymi poszukiwaną książkę "Magnus i wiewiórka". Po powrocie zjedliśmy kolację w domu, bo spóźniliśmy się na stołówkę".
O, szczęście książkoholika! "Magnusa" połykam błyskawicznie, a dwa dni później do poduszki czytam już "Lato Muminków". Dziennik podaje, że ósmego była burza, dziewiątego jadłam bezy, a dziesiątego pokłóciłam się z Ewą, która chciała oglądać "Powrót do Edenu", a ja, jak zwykle, wolałam się bawić. Dwunastego Ewa z mamą kończą wczasowy turnus, więc na pocieszenie
"Tata w kiosku Ruchu kupił mi serduszko (różowe), w którym jest lusterko i grzebień i spinki-ołówki".
Burze i seanse w kinie "Cisy"
Po kolacji, na której był bigos, z pałacu Małachowskich dało się słyszeć rzewną melodię. Kuracjusze pobliskich sanatoriów bawili się na dancingu, a ja swoim zwyczajem, zanotowałam:
"Jeden pan śpiewał "Hej dziewczyno, spójrz na misia". Aha, i jeszcze w pijalni kupiłam sobie opaskę".
Następnego dnia nie wydarzyło się nic szczególnego, oprócz tego, że wygrałam z Piotrkiem w rakietki (19:7!). Piotrek to nowy kolega, właśnie przyjechał z mamą na wakacje. Fajny, ale od początku było wiadomo, że nic z tego nie będzie: nie dość, że młodszy o dwa lata (!), to nie potrafił grać w rakietki. Nazajutrz wchodzę w posiadanie książki "Zwariowane podwórko" Marii Kowalewskiej, a na kolację jem naleśniki z czarnymi jagodami (zodiakalne Byki to smakosze, więc, siłą rzeczy, dużą część Dziennika stanowią opisy wczasowego menu). Piotrek przychodzi do nas na kwaterę i często się bawimy, więc nie oglądam już dobranocek w świetlicy (on nie lubi), ale na zakupy zawsze znajduję czas:
"Dzisiaj poszliśmy na pocztę. Potem do sanatorium "Energetyk", gdzie na górze w kiosku kupiłam: cztery piłki małe do ping-ponga, jedną dużą i dwie widokówki. Po obiedzie w pijalni wód kupiłam broszkę z kotkiem, a drugą z chłopcem".
Aha, w kawiarni "Kalinka" jadłam sernik i piłam "Cytronetę" (a jeśli pytacie, czy wróciłam z wakacji z próchnicą i cukrzycą, to odpowiedź brzmi: nie - i jest to kolejny dowód na magię dzieciństwa). A potem było jak zwykle - 
"Przyszedł Piotrek i z tatą graliśmy w rakietki. Cały czas wygrywałam ze wszystkimi".
Z Warszawy Centralnej do Nałęczowa!
Zuch dziewczyna - i do tego skromna! Ostatniego dnia pobytu w Nałęczowie wydarzyła się mała tragedia: "Tata nadepnął mamie na nogę i musieliśmy wracać do Domu Towarowego po nowe skarpetki, bo w tamtych zrobiła się dziura". Mam nadzieję, że skarpetki udało się kupić, bo zaopatrzenie mieli w Nałęczowie, jak na tamte czasy, znakomite. Ostatniego dnia, 13.08.1986, notuję ze łzami w oczach:
"Rano poszliśmy na śniadanie. Potem pożegnać się z "Eweliną". Pospacerowaliśmy jeszcze trochę i poszliśmy się pakować. Kiedy byliśmy gotowi, poszliśmy na obiad. Od obiadu cały czas lało. Nasz pociąg odjeżdżał o 16:22. Smutno mi było rozstawać się z Nałęczowem i z pieskiem Barrym".
Na szczęście w domu, w Warszawie, czekał na mnie mój własny Pies Nad Psami, jamnik o wdzięcznym imieniu Melon.
Smutno mi teraz, bo doczytałam Dziennik do końca. Przyznać trzeba, że jako kilkulatka miałam coś na kształt literackiego talentu. Zazdroszczę tamtej sobie umiejętności przelewania myśli na papier w postaci zwięzłych, eleganckich zdań bez zbędnych słów i niezgrabnych ozdobników.
Od tamtej pory odwiedziłam Nałęczów jeszcze kilkakrotnie - miasteczko bardzo się zmieniło, wciąż ma mnóstwo uroku, ale... najpiękniejszy był ten pierwszy raz! Kolejne wizyty? Też dobre, ale to już nie to samo, jak mawiają górale, popijając szklanką wódki szklankę spirytusu...

20 komentarzy:

  1. Naprawdę dziwię się, że Twoje zęby miały się dobrze po tak bogatej w cukier diecie wakacyjnej :) Swoją drogą - zrobiłaś mi ogromnego smaka na bajaderkę! Chyba bez wizyty w cukierni się nie obejdzie.
    Zazdroszczę, że udało Ci się znaleźć ten Dziennik. Moje dziecięce zapiski prawdopodobnie już dawno zostały zniszczone. Ale jedno jest pewne: umiejętność pisania i miłość do literatury (i prawdopodobnie słodyczy;)) została Ci do dzisiaj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre geny, moja droga, dobre geny! ;-) Mogłam folgować sobie w ten sposób jedynie w wakacje i z pewnością również dlatego tak miło wspominam ten czas... Bo, nie da się ukryć, jak każdy dzieciak, kochałam cukier. I zakupy!
      Tak, to prawda, pod pewnymi względami niewiele się zmieniłam ;-) I bajaderkę też bym zjadła. A najlepiej bombę hrabską z Lukullusa. Niestety, przemiana materii już nie ta, więc na deser wyłącznie truskawki. Bez śmietany i cukru, oczywiście.

      Usuń
  2. Jako to miło wrócić na chwilę do siebie sprzed lat. Niestety moje dzienniczki to przeważnie opis uczuć, zupełnie nie zwracałam uwagę na otoczenie. Poza jedynym zdarzeniem, kiedy miała urodzić się i kiedy na świat przyszła moja siostra- pisałam wówczas dzienniczek przez kilka miesięcy, naśladując tatę, który pisał go dla niej do czasu osiągnięcia przez A. pełnoletności. Przy okazji muszę zapytać, czy ma te dzienniczki. Ciekawa jestem, czy wyrosłaś z zakupoholizmu:), czy może stosujesz jakąś terapię. Mnie by się przydała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to niesamowita frajda znaleźć taki pamiętnik!
      Bardziej "intymne" pamiętniki o uczuciach też pisałam, ale później, pod koniec podstawówki. Pierwsze zauroczenia, platoniczne miłości... ;-) Potem je wyrzuciłam, czego trochę żałuję. I żal również tego, że w latach osiemdziesiątych nie było takich możliwości jak dziś, że można kręcić filmy choćby telefonem, a potem dzieciak ma niesamowitą pamiątkę. Cóż, zostają nam zdjęcia i szare bruliony w kratkę.
      Super pomysł miał Twój Tata! Żałuję, że moi rodzice nie wpadli na podobny, ale pewnie byłam zbyt absorbującym dzieckiem i nie mieli już siły notować moich wyczynów ;-)
      Zakupy uwielbiam do dziś (książki! buty! biżuteria!) i to się już chyba nie zmieni... W porównaniu z wakacyjnym nałęczowskim szałem, zmieniło się jedynie to, że zdecydowanie rzadziej sobie na nie pozwalam. Nie mam już takiej fantazji, jak wtedy... i takiego kieszonkowego ;-)

      Usuń
  3. Twoja nałęczowska kaszanka to dla proustowska magdalenka :-) przypomniała mi moje wakacje i pierwsze w życiu zetknięcie się z kaszanką, trochę wcześniejsze niż Twoje :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kaszanka - proustowska magdalenka na miarę PRL-u ;-) Wygląda na to, że była kulinarnym hitem sezonu. Dzisiejsze dzieciaki pewnie będą wspominać sushi albo inne homary... Ale kaszanka rządzi!

      Usuń
    2. Właściwie to był krupniok :-) bo na Śląsku, w barze wybudowanym w stylu typowym dla małej gastronomii z lat 70-tych, do którego pewnie zachodzili robotnicy po pracy - miejsce było bowiem mało turystyczne, że tak powiem i nie podejrzane o jakiekolwiek literackie konotacje, no chyba że te z kronik kryminalnych w miejscowych gazetach :-)

      Usuń
    3. Jak zwał, tak zwał - najważniejsze, że fest smakuje ;-) Mój dziadek nazywał kaszankę "kawiorem robotnika" :-)

      Usuń
  4. Świetna sprawa. Pamiętam swoje pismo z podobnych lat. Aż szkoda mi się zrobiło, że sam nie prowadziłem podobnych zapisków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, było, minęło...! Pismo nieco koślawe, ale pisanie całkiem zgrabne ;-)

      Usuń
  5. W 1986 roku się urodziłam, ale mam takie zeszyty z lat 90. Matko, muszę je sobie poczytać. Ile w takich zapiskach inspiracji...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poczytaj koniecznie, to lepsze niż niejeden dzisiejszy bestseller! I cała masa frajdy w bonusie :-)

      Usuń
  6. Ha, fakt, że odnalazłaś ten zeszyt oraz uwzględniając jego zawartość, tj. Nałęczów, czyli sanatorium, a skoro sanatorium to przecież "Czarodziejska góra" (notabene niedawno nabyłem tę pozycję: twarda oprawka, nówka sztuka za 29 zł - polecam Składnice Taniej Książki "Dedalus"), ale również ciut mniej znane "Zabliźnione serca", czyli Wielka Literatura, o której zresztą wspominasz. Wychodzi na to, że Dziennik (ha, podoba mi się ta lakoniczność tytułu, jak zresztą lapidarność stylu, jakim się wtedy posługiwałaś - minimalizm przecież też może być piękny!) to tylko przygrywka do czegoś jeszcze bardziej ambitnego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 29zł za "Górę" to naprawdę okazja! "Dedalusa" znam, oczywiście, choć dawno go nie odwiedzałam. Ale czuję, że niebawem to się zmieni.
      "Zabliźnione serca" - no proszę, niedawno wpadła mi ta książka w oko w bibliotece, ale zostawiłam ją na półce... Sanatoryjny literacki rajd, to jest myśl.
      Ten minimalistyczny styl to dla mnie w tej chwili niedościgniony ideał. Przygrywka do czegoś bardziej ambitnego, powiadasz? Obawiam się, że Dziennik to było moje opus magnum ;-)

      Usuń
  7. Ale pięknie opisane wspomnienia! Żałuję, że nie prowadziłam podobnego dziennika, nawet przez jedne wakacje... Sięgając jednak do wczesnoszkolnych wypracowań lub tworzonych w zeszytach dzienników lekcji, które stanowiły element mojej zabawy w nauczycielkę, wiem, jak wiele mogą znaczyć zapiski sprzed lat i czytam je z należną im uwagą. W lipcu 1986 r. pływałam sobie grzecznie w ciepłym brzuszku mamy i miałam około 2 cm wielkości, ale lata 90-te to szereg podobnych wspomnień :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypomniałaś mi, że jako kilkulatka też lubiłam się bawić "w szkołę", prowadziłam dziennik, w którym z lubością wstawiałam niedostateczne i uwagi moim niesfornym "uczniom"-lalkom i misiom ;-) Był ze mnie srogi belfer! Ech, to były czasy!

      Usuń
  8. No proszę! Cóż za znalezisko, toż to niemal "literacki" dziennik:) A Szymborska byłaby naprawdę dumna z Twojego pierwszego zdania;)
    Ja też tak miałam. Wspomnienia z wyjazdów przeważnie wiązały się z zakupami książek, wrażenia z podróży zawsze mieszały się z wrażeniami z lektur:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej mało poezji w tym moim pierwszym zdaniu, chociaż, jakby się uprzeć, może nadawałoby się na początek wiersza? O, takiego na przykład: "Przyjechaliśmy pociągiem do Nałęczowa - i to bajki jest połowa" ;-)
      To tylko potwierdza, że zamiłowanie do książek to "choroba", którą człowiek zaraża się w dzieciństwie. Pewnie można złapać bakcyla w wieku dorosłym, ale mam wrażenie, że najtrwalsza miłość do książek to ta hodowana od dziecka.

      Usuń
  9. Może kiedyś i ja zajrzę do swoich pamiętników (prowadzonych nieprzerwanie od dziewiątego roku życia). ;) Ale zbyt wiele w nich nie znajdę, piszę głównie o chorobie i negatywnych emocjach - coś w rodzaju samodzielnej terapii. ;) U ciebie widzę dużo zakupów: tego nie zapisuję, ale od zawsze skrzętnie notuję prezenty urodzinowe. Ma to niestety swoją cenę. Przywiązuję się do przedmiotów, które - jak sądzę - zostały wykonane/kupione z myślą o mnie i nie mogę ich potem wyrzucić. ;)
    "Przyznać trzeba, że jako kilkulatka miałam coś na kształt literackiego talentu" - Nie musisz się martwić, ten talent tylko się rozwinął. :) I ładne pismo miałaś! Ja zawsze bazgrolę - nie tylko nie próbowałam tego zmienić, ale wmawiałam biednym nauczycielkom, że mam taki styl. ;) Nieważne, że połowa liter wygląda(ła) tak samo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętniki to zawsze świetna pamiątka, którą robimy sami sobie. Pamięć jest ulotna, a w dziennikach można ją ocalić. Ja na przykład, przed niedawnym przeczytaniem swoich pamiętników, nie zdawałam sobie sprawy, że w tak młodym wieku byłam mini-zakupoholiczką! ;-)
      Poza tym, racja: pisanie pamiętnika to forma autoterapii. Przelanie myśli na papier może poprawić samopoczucie, a nawet więcej - uporządkować myśli, a gdy myśli uczesane, cała reszta od razu wygląda lepiej :-)
      Dziękuję za miłe słowa. Charakter pisma, no cóż... to były dopiero początki, teraz wydaje mi się nieco koślawy ;-)

      Usuń