Strony

17.12.2015

Emma, to nie wypada! Mody i obyczaje wczoraj i dziś - na podstawie "Emmy" Jane Austen [wpis festiwalowy]

Miłośnicy prozy Jane Austen w grudniu A.D. 2015 mogą świętować podwójnie. W tym miesiącu mija bowiem dwusetna rocznica wydania drukiem "Emmy" oraz 240. rocznica urodzin jej autorki. Z tej okazji Tarnina z bloga Czytam to i owo zorganizowała blogowy festiwal. Wpisy inspirowane jedną z najsłynniejszych powieści Austen będą pojawiać się w blogosferze aż do środy 23. grudnia. Festiwalowy rozkład jazdy i archiwum znajdziecie TU
Dzisiaj moja kolej na uczczenie najsłynniejszej literackiej swatki, panny Emmy Woodhouse z Hartfield. Zapraszam do lektury!
Festiwalowe logo autorstwa Tarniny
Kobiece zakłamanie ma się całkiem nieźle, choć to nie signum temporis, a raczej kulturowe dziedzictwo, genderowy spadek, przekazywany od wieków z matki na córkę. Zdarza się dziś, gdy zdeklarowane singielki stają przed ołtarzem, a potem smażą mężom schabowe, mimo iż dotąd odżywiały się sałatą, a mężczyzn tolerowały wyłącznie dlatego, że przed erą youtube'a przydawali się czasem do zmiany koła w samochodzie. Zdarzało się dwieście lat temu, gdy Jane Austen pisała "Emmę", obdarzając jedną ze swych najsłynniejszych bohaterek irytującą hipokryzją (wespół z kilkoma innymi przykrymi cechami). Emmy lubić się nie da. Sam fakt, że panna Woodhouse jest młoda, ładna i bogata, potrafi wzburzyć krew. Co gorsza, jest zarozumiała i lekce sobie stojących niżej w społecznej hierarchii waży. Emma wszystko wie lepiej, a najlepiej to, której pannie i któremu kawalerowi ze sobą po drodze. Swata wszystkich dookoła, a sama (mała hipokrytka!) zarzeka się, że nigdy za mąż nie wyjdzie, aby w końcu stanąć na ślubnym kobiercu i żyć dalej beztrosko i szczęśliwie. Każdy zna dziś podobną Emmę, bo to typ, który, jak "Chińczyki" w polityce, mocno się trzyma.
Czy możliwe, że Emma i jej rówieśnice w XXI wieku mają ze sobą wiele wspólnego? Różnice i podobieństwa najlepiej wydobywa szkiełko i oko, wycelowane w codzienność. Przyjrzyjmy się zwyczajom epoki Regencji oraz współczesnym zapatrywaniom na rozrywkę, miłość i pieniądze.
Młodość, wiadomo, musi się wyszumieć, zanim da się zaprząc do małżeńskiej orki. Na dziewiętnastowiecznej angielskiej prowincji szumiały głównie parkowe drzewa. Jeśli w okolicy nie było akurat potańcówek czy balów, młodzież mogła co najwyżej pośpiewać, akompaniując sobie na fortepianie, urządzać seanse głośnego czytania, grać w tryktraka lub wista oraz doskonalić sztukę szycia i haftu (i nie chodzi tu o przykre konsekwencje zakrapianych imprez, ale o igłę z nitką i haft - na kanwie). W czasach georgiańskich uważano, że
"Młode damy to delikatne roślinki. Powinny dbać o zdrowie i cerę".*
Źródło
Jeśli użyć florystycznej metafory wobec współczesnych bizneswoman, należałoby porównać je raczej do muchołówek albo kłujących kaktusów. Dwa wieki temu, te "delikatne roślinki" przestrzegano nawet przed samotnymi spacerami i wiosennym deszczem. Obecnie nikogo nie dziwi, że panienki i wdowy spacerują solo, biegają maratony, podróżują i emigrują w pojedynkę. Zosie-Samosie wiedzą jednak, że w duecie raźniej, więc Harriet Smith, jako towarzyszka spacerów i wypraw na piwo, nadal byłaby w cenie. Mieszkanki rezydencji na wrzosowiskach, jeśli pokojowe nie kręciły im akurat papilotów, zapisywały szarady i zagadki w kajetach na czerpanym papierze. Dwa stulecia później, analogowe pamiętniki odeszły do lamusa, zastąpione przez cyfrowe blogi, a miejsce słownych kalamburów zajęły pasjanse układane na komputerze. Zamiast, jak Emma, omawiać w towarzystwie maniery dżentelmenów, czytamy plotkarskie portale albo logujemy się na fejsie, gdzie jedno kliknięcie wystarczy, żeby być na bieżąco z życiem bliższych i dalszych znajomych. Coraz częściej widujemy ich nie na przyjęciach i balach, ale w wirtualnej przestrzeni. Na szczęście wszyscy mają komórki, którymi pstrykają selfies, więc nie da się zapomnieć, jak bliźni wygląda i można wyrazić aprobatę dla jego stylu, dając lajka, czyli nowoczesny komplement.
Źródło
Zamiast proszonych obiadów, mamy swojskie domówki i imprezy, na których nikt nie wymaga kurtuazji czy dobrych manier. Te odeszły w przeszłość niczym dinozaury, a jeśli obowiązują, to w miejscach egzotycznych - na przyjęciu u ambasadora i na herbatce u prezydenta. A skoro o wysokich sferach mowa - panny z dobrych domów nie bez powodu emocjonowały się podróżami do Londynu czy Bath. Ówczesna wyprawa "do wód" - podobnie jak weekend w SPA dziś - mogła przynieść nie tylko zdrowotne profity. W czasach, w których do miłości wystarczał ładny posag, dobre towarzystwo wizytowało modne kurorty w poszukiwaniu kandydatów na męża (lub żonę) z majątkiem i koneksjami. W świecie Emmy nie tyle wychodziło się za mąż, co zawierało "bogatą koalicję", a ślub był drogą do poprawy zarówno kobiecej, jak i męskiej sytuacji. Podobna motywacja przyświeca obecnym amatorom zalegalizowanego szczęścia we dwoje. Tak w epoce georgiańskiej, jak w erze lotów w kosmos, atrakcyjność na rynku matrymonialnym mierzy się niezależnością finansową i zdolnością do utrzymania partnerki. Lub partnera. Równouprawnienie to właściwie jedyne, co odróżnia dzisiejsze kobiety od Emmy. Wtedy żona utrzymywana była przez męża, który dbał, żeby
"(...) wprowadzić kobietę do piękniejszego domu niż dom, z którego ją zabiera".**
Teraz kobiety często zarabiają lepiej od swoich partnerów i to one pilnują, aby wylegującemu się przed telewizorem "misiowi" nie obniżyła się życiowa stopa. I żeby nie rozbolały go stopy od dźwigania siat z zakupami. Mogą to robić, bo wyższe uczelnie, inaczej niż dwieście lat temu, chętnie witają je w swoich progach, a one studiują i dorabiają na czesne, harując w korpo. Gdyby przyszło im żyć dwa stulecia wcześniej, miałyby guwernantkę do opieki nad własnymi pociechami. Nie musiałyby spędzać życia za kółkiem, rozwożąc dzieciaki na lekcje tenisa i jazdy konnej. A jeśli urodziłyby się w mniej zamożnej rodzinie, wylądowałyby na pensji u pani Goddard i, jak Harriet Smith, poślubiły farmera. Pocieszają się więc, że lepszy już swojski "miś".
Aby zabiły kościelne dzwony, trzeba najpierw uderzyć w konkury. W czasach, gdy Anglią rządzili kolejno czterej królowie o tym samym imieniu, zdarzało się, że prośby o rękę wyrażano listownie. Nowocześni zalotnicy związki zaczynają i kończą przez e-maile i SMS'y. Co począć mają ci, którym gwiazdy nie wróżą milionów? Tak wczoraj, jak i dziś, pozostaje im klasztor lub społeczny ostracyzm, bo staropanieństwo w połączeniu z ubóstwem to mieszanka, której wciąż boimy się bardziej niż kredytu hipotecznego. Co innego, gdy stara panna dysponuje pokaźnym mająteczkiem. Wtedy nawet Emma gotowa jest przyznać, że
"(...) kobieta samotna i majętna wzbudza zawsze szacunek i może być równie rozsądna i miła w towarzystwie jak mężatka".***
Źródło
Niezależnie od czasu i przestrzeni, bogaci single są trendy i cool. Nie muszą, wzorem panny Bates, bezustanną paplaniną zagadywać stresu, związanego z ciągłym byciem bez pary i nie do pary.
Najlepszym dowodem na poparcie tezy, że czasy Emmy są bliższe, niż się wydaje, jest wyobrażenie bohaterów Jane Austen we współczesnych dekoracjach. Czy ojciec Emmy, przewrażliwiony hipochondryk, nie zasłużyłby dziś na miano modnego "eko-freak'a"? Jego kulinarne upodobania (kaszka na śniadanie, obiad i kolację, kotlety smażone bez tłuszczu, nieprzesolone porcje, spożywane w towarzystwie rzepy, marchewki i pasternaku) wpisują się w wymogi współczesnej diety, w której kaszotto detronizuje risotto, a sól i tłuszcz to Wrogowie Publiczni Numer Jeden. Pan Woodhouse spacerowałby z kijkami do nordic walkingu wokół swojej willi w Konstancinie i uczęszczał na pogadanki z zakresu profilaktyki i zdrowego stylu życia. A Emma? Założyłaby start-up i zbiła majątek na portalu randkowym, pozostając w stanie wolnym przynajmniej do trzydziestki.
Gdy zmienimy dekoracje, zdejmiemy perły, kapelusze i koronki, dostaniemy znajomy portret ludzi z podobnymi do naszych pragnieniami, marzeniami i słabościami. Czytajmy dawne powieści i ćwiczmy się w poznawaniu przeszłości, bo to najlepszy klucz do zrozumienia tego, co teraz. Kolejnych dwustu lat, "Emmo"!
Austen, J. (1996). Emma. Prószyński i S-ka, Warszawa.
Tytuł oryginalny: Emma
Tłumaczenie: Jadwiga Dmochowska 
*Ibidem, str. 303;
**Ibidem, str. 440-441
***Ibidem, str. 91

28 komentarzy:

  1. Ha, obraz pana Woodhouse'a z kijkami do nordic walking przedni! Teraz muszę lecieć, ale jeszcze tu wrócę i powiem więcej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę go jeszcze jako właściciela agroturystycznego gospodarstwa i hodowcę kur-zielononóżek (jajko na miękko to przecież, obok kaszy, najlepsze i najzdrowsze, co może być!). Byłby też idealnym słuchaczem/wykładowcą Uniwersytetu Trzeciego Wieku :-)
      Z panem Woodhousem to w ogóle zabawna historia-w trakcie czytania zdawał mi się wyłącznie zrzędliwym staruszkiem, a teraz widzę, że to naprawdę ciepła i dobroduszna postać. W jego poglądach i przekonaniach było sporo racji. No i, inaczej niż przeciętnego hipochondryka, interesował go nie tylko własny czubek nosa, ale dbał także, a może przede wszystkim, o zdrowie i dietę najbliższych!

      Usuń
    2. A na marginesie - teraz to spostrzegłam - musiałam podświadomie polubić ojca Emmy, bo w festiwalowym wpisie "przetransportowałam" go do Polski i umieściłam w willi w Konstancinie ;-)

      Usuń
    3. O, bardzo ciekawe jest to, co piszesz, bo mój sposób patrzenia na pana Woodhouse'a też ewoluował mniej więcej w tym kierunku, o którym piszesz. Z tym że nadzór nad hodowlą zielononóżek zleciłby Emmie. Co do niej, to też myślę, ze gdybyś dłużej z nią pobyła, doszłabyś do wniosku, że to świetna dziewczyna ;) Bo tu właśnie Austen wpuszcza czytelnika w maliny, tak mu ją przedstawia, że właściwie niechęć murowana. A jednak miliony kochają Emmę!

      Usuń
    4. Obawiam się, że z Emmą nie poszłoby tak łatwo jak z panem Woodhouse'm ;-) Możliwe, że dałam się wpuścić w maliny, ale nie potrafię myśleć o Emmie inaczej, jak o rozpuszczonej, egoistycznej snobce. Zobaczymy, co przyniesie drugie czytanie powieści - może dostrzegę w Emmie coś, czego nie zobaczyłam wcześniej.
      A na marginesie, kunszt Austen jest po prostu niesamowity. Raz, że trzeba mieć świetny warsztat, żeby tak skutecznie czytelnikiem manipulować; a dwa - trzeba być świetną znawczynią kobiecej psychiki i wizjonerką w jednym, żeby z Emmy uczynić prekursorkę współczesnych singielek. Być może to śmiała teza, ale czy dzisiejsze singielki i panna Woodhouse nie mają ze sobą sporo wspólnego? To młode kobiety, zazwyczaj pozbawione finansowych trosk, które postanawiają nigdy nie wyjść za mąż. Życie, rzecz jasna, zwykle weryfikuje te scenariusze, ale to już całkiem inna historia (i kolejna cecha wspólna panny Woodhouse i nowoczesnych kobiet).

      Usuń
    5. Snobce, ale zabawnej, prawda? Oczywiście to jej poczucie klasowej wyższości jest strasznie denerwujące. Kiedyś myślałam o Emmie tak jak Ty, ale tym razem to się zmieniło. Ona jest okropna czasami, nawet okrutna, ale Jane Austen ja lubiła. Dlaczego? Są nawet teorie, że to portret jej samej. Przymierzam się do wpisu, dlaczego możemy lubić Emmę, jeszcze nie wiem czy mi wyjdzie, bo mam też kilka innych pomysłów ;)

      Ja w ogóle myślę, że dzisiejsze kobiety mają bardzo wiele wspólnego z bohaterkami Austen. To cecha dobrej literatury, jest uniwersalna. A Jane Austen była jedną z pierwszych feministek. Może protofeministek. Zauważ, jak bardzo podkreśla wartość intelektu kobiet, potrzebę prawdziwej, użytecznej edukacji, nie nakierowanej wyłącznie na to, jak złapać męża, itd.

      Co do singielek, to może masz rację, ale współczesne singielki i Emma maja coś jeszcze ze sobą wspólnego. To postanowienie nie wychodzenia za mąż czasem może być tylko dostosowywaniem się do narzuconej im z góry sytuacji. Może Emma chciałaby wyjść za mąż, ale widzi, że to nierealne? I robi dobrą minę do złej gry.

      Usuń
    6. Momentami zabawnej, przyznaję. Zdecydowanie częściej - nieznośnej, samolubnej i, tak, okrutnej. Natomiast nigdy nie "uroczej", jak zwykło się ją określać ;-) O ile coś mogłoby ją w moich oczach (odrobinę) usprawiedliwić, to przypuszczenie, że Emma jest wytworem swoich czasów i swojego pochodzenia. Jeśli przyjmiemy, że powieści Austen nie są wyłącznie zwyczajnymi historiami o miłości, a zjadliwą satyrą społeczną, to Emma staje się papierkiem lakmusowym swojej epoki i klasy społecznej. Łatwiej byłoby mi ją znieść jako literacki symbol tamtych czasów niż jako osobę z krwi i kości (w który to sposób naiwnie zwykłam traktować książkowych bohaterów, zwłaszcza tych, którzy grają mi na nerwach ;-) ).
      Emma - alter ego autorki?! Robi się naprawdę ciekawie ;-) W takim razie poproszę o taki wpis! Desperacko potrzebuję podpowiedzi, za co można Emmę polubić.
      To prawda. Odnalazłam w książce fragment o pensji pani Goddard: "(...) pani Goddard prowadziła prawdziwą, uczciwą staroświecką pensję z internatem, gdzie rozsądną dawkę wiedzy sprzedawano po rozsądnej cenie, gdzie można było umieścić córki, by nie zawadzały w domu i mogły zdobyć sobie nieco wykształcenia bez obawy, że powrócą pod dach rodzicielski jako geniusze" (str. 23). Ironiczne i bardzo, bardzo wymowne!
      Możliwe, że coś jest na rzeczy, zwłaszcza, że naszej Emmie nikt nie był w stanie dorównać ;-) i, o ile dobrze pamiętam, skarżyła się na niezbyt interesujące okoliczne męskie towarzystwo. Ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że panna Woodhouse tymi deklaracjami pragnęła po prostu zwrócić na siebie uwagę, a gdy tylko nadarzyła się okazja (niezła okazja, nie przeczę), skwapliwie z niej skorzystała ;-). Może nawet zbyt skwapliwie, żeby uwierzyć w szczerość jej początkowych deklaracji o pozostaniu panienką do końca życia.

      Usuń
    7. To widzę, że nie zdołałam Cię naprowadzić na moje tory myślenia. Ale może to i dobrze, postaram się jednak ten wpis o lubieniu Emmy przygotować ;)

      Tak, opis pensji pani Goddard jest bardzo cierpki, ale jeszcze gorzej ocenione są elegantsze instytucje, takie, w których nauki pobierają panny typu Hawkins. Harriet wyszła z pensji jako głupia, ale bezpretensjonalna dziewczyna, późniejsza pani Elton też się niczego na pensji nie nauczyła - oprócz pretensjonalności i wątpliwych umiejętności towarzyskich.

      Usuń
    8. To ja tylko jeszcze chciałam dodać, że Emma mogła zdawać sobie sprawę, że zamążpójście dla niej będzie o tyle trudne, że nie wiadomo, czy ojciec się zgodzi. Wszystko kończy się po jej myśli głównie dlatego, że narzeczonym zostaje Knightley, a w okolicy pojawiają się złodzieje kur (jakkolwiek by ich nie interpretować), ale w punkcie wyjścia jednak sytuacja Emmy -- młodszej córki -- jest tu trudna.

      Usuń
    9. Wniosek jest jeden: muszę "Emmę" przeczytać ponownie. Za pierwszym podejściem koncentrowałam się na fabule, poza tym mnóstwo szczegółów mogłam ominąć za sprawą głównej bohaterki, która skutecznie pochłaniała całą moją uwagę ;-)
      Tarnino, świetnie, z niecierpliwością czekam na ten wpis! Ciekawe, czy istniały wtedy podręczniki dla guwernantek typu: "Jak kształcić panienki, żeby nie stały się geniuszami?" ;-)
      Pyzo, racja - Emma uwzględnia istnienie pana Woodhouse'a w swoim życiu. Nie chciała opuścić ojca nawet po ślubie. Możliwe zatem, że jej początkowe deklaracje przynajmniej w części podyktowane były troską o ojca.

      Usuń
  2. Aż wstyd, że twórczość Austen jest mi prawie nieznana i niestety o Emmie nie mogę się wypowiedzieć. Ale to wtrącenie, że główna bohaterka jest irytująca bardzo mnie zaciekawiło :)Z przyjemnością przeczytałam też porównanie sytuacji kobiet kiedyś i dziś, aż żal, że niektóre zwyczaje odeszły do lamusa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Cię zainteresowałam, choć, siłą rzeczy, ten wpis to raczej krótki szkic niż dogłębne rozwinięcie tematu. Najwięcej dzieje się, rzecz jasna, w samych powieściach Austen i, równie dużo, można dowiedzieć się z festiwalowych wpisów przez najbliższy tydzień :-)
      Żal, to prawda, zwyczajów, ludzi, czasów... Chciałabym się przenieść, choć na chwilę, w czasy bliskie Jane Austen!

      Usuń
  3. Nieraz bardziej opłaca się poudawać mniej zaradną. Mężczyźni biegną pomagać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, mamy swoje kobiece sposoby ;-) I, mam wrażenie, niespecjalnie się przez wieki zmieniły.

      Usuń
  4. Mówisz, że da się to tak bezpośrednio przełożyć? Może mam wątpliwości, bo mnie sama Emma nie irytowała? W tym sensie, że jej zarzekanie się, że nie wyjdzie za mąż, traktowałam bardziej jak próbę wyrażenia przekonania o swojej samodzielności niż hipokryzję. (A a propos przełożeń -- no właśnie, wyjazd "do wód" to kiedyś była cała instytucja, niekoniecznie związana tylko ze zdrowiem czy przyjemnością, tak jak piszesz, a raczej ze sferą, do której się należało; dzisiaj -- może niesłusznie -- wyjazdy do SPA kojarzą mi się z czymś, co rezerwuje się "dla siebie" głównie, albo w znajomym gronie, chcąc odpocząć, a nie poznać kogoś?).

    Obraz pana Woodhouse'a upojny, ale myślisz, że przeszłoby mu uwielbienie do ciepła i wypuszczałby się poza dom :D? Mnie się on wydaje raczej podatny na różne newageowe zagrywki, siedziałby i uprawiał dietę paleo, nie wietrząc domu, bo zarazki (w istnienie wirusów pewnie by nie wierzył ;)), oczywiście w jak najlepszym przekonaniu, że tak jest słusznie.

    I jeszcze się zastanawiam a propos panny Bates: myślisz, że ona zagadywała to, że była starą panną? Bo zgadzam się, że to takie "kompulsywne" rozgadanie -- ale czy nie wynikające raczej z utraty pozycji społecznej, co się oczywiście wiąże z jej staropanieństwem, ale też i z tym, że po śmierci ojca została zdegradowana, musiała się wyprowadzić z plebanii i tak dalej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bezpośrednio przełożyć pewnie się nie da, ale zawsze warto poszukać punktów wspólnych. Zwłaszcza, gdy tak jak ja, jest się zdania, że różnice między "wczoraj" i "dziś" dotyczą głównie dekoracji, a psychika i ludzkie zachowania pozostają w swej istocie niezmienne. Nie wiem, jakie jest Twoje zdanie, ale mnie ta wizja zarazem przekonuje i pociąga.
      Nie wydaje mi się, żeby postanowienie pozostania w stanie wolnym było w przypadku Emmy próbą udowodnienia swojej samodzielności. Bardziej byłabym skłonna przyznać, że była to kwestia wygody. Miała przecież kochanego ojczulka, który uważał ją za ósmy cud świata, miała "mająteczek", była panią i gospodynią Hartfield. Przez chwilę mogła rzeczywiście uważać, że nic ani nikt nie jest jej do szczęścia potrzebny. Ale, jak wiemy, i to przeświadczenie uległo w końcu zmianie. I tu dochodzimy do wspomnianej hipokryzji. Czy nagłe olśnienie w kwestii uczuć do pana Knightley'a nie było przypadkiem spowodowane tym, że zainteresowała się nim Harriet Smith? A raczej: ośmieliła się nim zainteresować? No właśnie!
      Mam wrażenie, że dzisiejsze wyjazdy do SPA są również czytelną oznaką przynależności do określonej klasy. I przyznawania się do posiadania kasy ;-) A łowienie męża podczas takich wycieczek to chleb powszedni - wystarczy przypomnieć sobie legendy, jakie krążą o życiu towarzyskim w sanatoriach. Okej, sanatorium to nie to samo, co SPA, ale fakt pozostaje faktem - dziś też potrafimy łączyć przyjemne z pożytecznym.
      Mam nadzieję, że pan Woodhouse przekonałby się do nowoczesnej "aparatury", umożliwiającej zachowanie formy i zdrowia do późnej starości, dlatego gorąco wierzę w niego i w kijki do nordic walkingu. Z bakteriami byłoby trudniej, fakt ;-)
      Panna Bates zagaduje strach, lęk i wstyd - wszystko na raz. Utrata pozycji społecznej po śmierci ojca na pewno nie pomogła jej w akceptacji własnego staropanieństwa, wręcz przeciwnie. Jedną z tych plag egipskich dobre towarzystwo z Highbury mogłoby jeszcze zaakceptować, obie naraz - no cóż. Biednej starej pannie pozostawało tylko gadanie...

      Usuń
    2. A tak, co do głównej myśli się w każdym razie zgadzamy :). To znaczy mnie się też wydaje, że jest jakaś ciągłość człowieczeństwa czy zachowań, zmieniają się zaś sposoby wyrazu. Nie zawsze 1:1, ale tak :).

      Może tutaj leży pies pogrzebany -- oczywiście Twoja interpretacja też jest słuszna, ale mimo wszystko nadal będę myśleć o Emminej niechęci do małżeństwa jako o wyrazie samodzielności (jak na epokę oczywiście: "mam ładny dom, na cóż mi mąż"). Mnie się wydaje, że to olśnienie oczywiście wynika z tego, o czym piszesz, ale czytałam je jako "pozytywne" (ucieka coś, zauważa się, że coś ucieka), a nie negatywne (wynikające z takiej zawiści wobec Harriett). Przy czym oczywiście można o tym myśleć i tak, i tak (ta wielość interpretacji jest tu chyba najfajniejsza :)!).

      O, sanatoria! To jest bardzo fajne przełożenie! I zgadzam się, wyjazdy do SPA jakoś tam są "klasowe", nie wpadłam na to. Ogólnie rzecz biorąc: czuję się przekonana (i ten trop z sanatoriami mi się szalenie podoba, dziękuję!).

      Dodałabym może nawet, że ta utrata pozycji zaowocowała w konsekwencji staropanieństwem. Tak w każdym razie mi się wydaje -- bo jeśli wszyscy mówią o tym, jak szanowano pannę Bates za młodu, a potem po utracie majątku widzimy ją jako starą pannę, to coś tu musi być na rzeczy.

      Usuń
    3. Myślę, że o to w tym wszystkim (czyli w literaturze) chodzi - o dyskusje, o konfrontacje własnych interpretacji, szukanie nowych znaczeń i wymianę myśli! To jest najfajniejsze :-)
      W wyniku naszych dyskusji dochodzę do wniosku, że motywacja Emmy była co najmniej: złożona, a przynajmniej: nie tak prosta, jak się na początku wydaje. Owszem, facet wymyka się z rąk, więc trzeba go łapać, a z drugiej strony, nie jest bez znaczenia, Z CZYJEGO POWODU się wymyka! Dla takiej Harriet? Jak ona śmie! ;-) Pomijając jednak możliwe interpretacje, sam zabieg konstrukcyjny (gonienie króliczka) jest świetny. Pod sam koniec fabuły. Zupełnie jak we współczesnych hollywoodzkich komediach romantycznych! ;-) Austen zdecydowanie wyprzedzała swoje czasy.
      Bardzo proszę i nie ma za co ;-), na sanatoryjny trop wpadłam w trakcie naszej wirtualnej rozmowy. To kolejny dowód na to, że czas zmienia mniej, niż myślimy.
      Historia panny Bates jest w "Emmie" doskonałym przykładem na to, jak okrutny i bezlitosny był w rzeczywistości miniony świat dam i dżentelmenów. I, niestety, w tej kwestii nic się do dziś nie zmieniło.

      Usuń
  5. Genialny wpis o Emmie! Mimo, że znam tę arogancką bohaterkę dzięki Pyzie Wędrowniczce, to już wiem, że chciałabym poznać bliżej świat tej młodej damy. Uśmiałam się z Twojego porównanie do "Chińczyków" w polityce, to prawda, chyba każdy zna taką bohaterkę w życiu. Ja nawet znam więcej niż jedną :). Podoba mi się sposób, w jaki przedstawiłaś zmiany w obyczajach, chociażby ślubach kiedyś a dziś. Bardzo miło się czyta ten artykuł. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję - cieszę się, że się podobało! :-)
      Emma to najbardziej irytująca bohaterka literacka, jaką spotkałam na swojej czytelniczej drodze. O tak, jest sporo podobnych Emmie kobiet w tzw. realu ;-) To spostrzeżenie, między innymi, doprowadziło mnie do wniosku, że Emma ma mnóstwo wspólnego ze współczesnymi kobietami, a powieści Austen są uniwersalne!

      Usuń
  6. Odpowiedzi
    1. Świetnie pokazałaś, że w literaturze wszystko już było i choć dekoracje ciągle się zmieniają, to człowiek jako istota nie zmienia się w ogóle. Nie będę się deklarował, ale może jakaś Austen wpadnie mi w ręce :)

      Usuń
    2. Cieszę się, że wpis Ci się spodobał :-)
      Taki był cel - tropić podobieństwa, nie różnice. To właśnie jest najciekawsze, że wbrew pozorom, czas tak niewiele zmienia!
      W takim razie będę wypatrywać u Ciebie wrażeń z lektury Austen :-)

      Usuń
  7. Ja zaś poproszę o rozwinięcie określenia "kobiece zakłamanie".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kobiece zakłamanie jest wtedy, gdy kobieta myśli jedno, mówi drugie, a robi jeszcze coś innego.

      Usuń
    2. Jak wyżej. Mamy przecież równouprawnienie ;-)

      Usuń