Strony

24.11.2016

W duecie o książce #3. Dom ze skazą: "Ktoś we mnie" Sarah Waters

Mroczne fluidy nawiedzonej posiadłości, złośliwe poltergeisty, zbiorowe halucynacje - a może coś... jeszcze bardziej przerażającego? Rozgośćcie się w Hundreds Hill, podupadłej siedzibie rodu Ayresów, do której trafia doktor Faraday. Kryształowe lustra i marmurowe korytarze Hundreds pokryły się kurzem, a wskazówki zegara znieruchomiały na godzinie za dwadzieścia dziewiąta - zupełnie jak zegary pani Havisham w Wielkich nadziejach Dickensa. Ale w powieści pt. Ktoś we mnie Sarah Waters rezygnuje z ulubionego wiktoriańskiego sztafażu. Tym razem funduje czytelnikom historię z dreszczykiem, osadzoną w powojennych dekoracjach. I, jak zwykle, wpuszcza nas... w maliny. 
O tajemnicy Hundreds rozmawiam z Olgą, która  przygląda się książkom Okiem Wielkiej Siostry. 

Marta: Na okładce Kogoś we mnie czytamy, że Sarah Waters przygotowała powieść z dreszczykiem i zdecydowała się czytelników przestraszyć. Nie wiem, czy zgodzisz się z moją opinią, że ten zamiar nie powiódł się w stu procentach. Bo mimo iż książka spełnia wymogi gatunku - mamy podupadającą posiadłość, jej wyrazistych mieszkańców, tajemnice i niepokojące wydarzenia, a Waters zgrabnie operuje scenografią rodem z powieści grozy - to czuć, że czegoś w niej brak. No właśnie: czego?

Olga: Jako osoba, której zdarzyło się ucierpieć przez tak zwane blurby i fragmenty recenzji zamieszczane na okładkach książek, zapobiegliwie ominęłam czytanie tego typu informacji na powieści Waters. I może dobrze na tym wyszłam, bo Ktoś we mnie nie straszy, a jedynie przyprawia o wspomniany dreszczyk. I to też dlatego, że autorka postanowiła pobawić się ze znanymi schematami z dobrym skutkiem. Dodatkowo trudno odmówić Waters plastycznego języka, który przy opisach posiadłości jest w stanie żywo pobudzić wyobraźnię czytelnika. Ale rzeczywiście - czegoś tu brakuje. Powiedziałabym, że zakończenia. Jednak wcale nie dlatego, że to, które przygotowała dla nas autorka jest złe. Wręcz przeciwnie, pokazuje dosadnie, że Ktoś we mnie to nie tylko powieść grozy. Jednak dla osób, które spodziewają się utworu napisanego w stylu Edgara Allana Poe, to może być gorzkie rozczarowanie. Waters ucieka od typowego dla gatunku zamknięcia historii, niczego nie sugeruje, nie pozostawia czytelnika z gotowym wyjaśnieniem (w którym to winą należałoby obarczyć demoniczną obecność). Zamiast tego każe nam zdecydować czy wierzymy w historie o duchach, czy o przerażających zakamarkach ludzkiej psychiki.

Marta: To chyba dobry trop - brak jednoznacznego zakończenia pozostawia czytelnika w zawieszeniu. Potrzeba domknięcia to silny motyw poznawczy, a Waters - po raz kolejny - decyduje się na "otwarty" finał. Ale bardziej niż finałowe niedopowiedzenie irytowała mnie seria złośliwych figli, które mieszkańcom Hundreds funduje rodzinny dwór. Zaczyna się od incydentu z psem, ulubieńcem panny Ayres, a potem demoniczne coś przesuwa przedmioty, podkłada ogień i bazgrze po ścianach... Nagromadzenie niepokojących zdarzeń miało służyć budowaniu napięcia, ale efekt jest odwrotny: po jakimś czasie czytanie o kolejnych "wybrykach" podupadłego dworu zaczyna nużyć... Chociaż dylemat: czy to duchy, czy wytwory podświadomości, niezmiennie fascynuje!
Podupadły dwór - idealna sceneria opowieści z dreszczykiem (źródło)
Olga: Muszę się z Tobą zgodzić - po jakimś czasie miałam serdecznie dość kolejnych perypetii rodziny Ayresów, a także samego Faradaya i jego lekarskiej kariery (bądź jej braku). Można by zabawić się w redaktora i powycinać kilka fragmentów, które zamiast pobudzać wyobraźnię czytelnika, nudzą go i denerwują. Nie mogę jednak powiedzieć, by powieść Waters okazała się lekturą męczącą. Nie było może fajerwerków, nie było wielkiego przerażenia, ale bądź co bądź autorka pokazała, że pisać potrafi. Opisy ponurego domostwa, relacje między członkami rodziny, ogromna fascynacja lekarza posiadłością - dla tego wszystkiego warto po książkę sięgnąć.
Ale skupmy się na chwilę na samej interpretacji Kogoś we mnie. Nie miałaś przypadkiem wrażenia, że autorka nieustannie puszcza do nas oczko? Kto w XXI wieku wierzy w duchy? Kto boi się starych domów, wierzy w niebezpieczne byty i kapryśne dusze, które nie mogą zaznać spokoju? Waters zestawia lekarza ze swoim szkiełkiem i okiem oraz pokojówkę - głupiutką, naiwną, niewykształconą. Konflikt między tymi dwiema postaciami ciągnie się aż do końca utworu, a czytelnik nadal nie wie, kto z nich miał rację. Waters zdaje się odwoływać do naszej dualnej natury: wie, że zracjonalizujemy niesamowite wydarzenia w Hundreds Hill, ale także wierzy, że ta bardziej pierwotna część nas będzie chciała zaufać pokojówce i jej żywej wyobraźni. A jak było u Ciebie?

Marta: Waters puszcza do czytelnika oko - i wpuszcza go... w maliny! Pod płaszczykiem powieści grozy funduje mu opowieść o emocjach. I pozostawia go z pytaniem: co właściwie wydarzyło się w Hill?
Wiara w duchy ma się nieźle i dziś. A tajemnica fascynuje - czy nie dlatego sięgamy po historie z dreszczykiem? Jeśli chodzi o zagadkę starego dworu, to bliżej mi do naiwnej Betsy niż do rozsądnego Faradaya. Ciekawe jest padające w powieści rozróżnienie między angielskim ghost a poltergeist, nieobecne w języku polskim, które rzuca na zagadkę trochę światła. Caroline, dziedziczka Hill, czyta opracowania o podświadomości, definiowanej jako siła, która może przybrać zauważalną dla ludzkiego oka formę. Żeby zwrócić na coś naszą uwagę? Żeby ucieleśnić nasze obawy, lęki, poczucie winy? Ktoś we mnie to również, co znamienne, portret odchodzącego świata - skończyła się II Wojna Światowa, a to, co nowe, jeszcze nie nadeszło. A budowa nowego odbędzie się za cenę upadku takich rodzin, jak Ayresowie. O czym oni doskonale wiedzą... 
Czy masz teorię na temat tego, co wydarzyło się w Hundreds? Dlaczego łagodny Cygan zaatakował dziecko? Kto - lub co - wprawia w ruch przedmioty, wznieca ogień i tupie na piętrze? Czym jest to zagadkowe coś?

My boimy się duchów, a czego boją się duchy? (źródło)
Olga: Ja jestem chyba gdzieś w połowie drogi - wersja Betsy nie do końca mnie przekonuje, jednak także racjonalizm doktora Faradaya jest mi daleki. Prawda, moim zdaniem, tkwi bliżej wspomnianej przez Ciebie teorii Caroline, choć i to nie satysfakcjonuje mnie w pełni. Wychodzi więc na to, że Waters specjalnie myli tropy, dodaje kolejne teorie, by namieszać nam w głowach i nie pozwolić na ostateczny werdykt. Warto jednak podkreślić, że żaden z bohaterów nie jest do końca zdrowy na umyśle - może oprócz wspomnianej Caroline, która przez długi czas wykazywała się nad wyraz silną wolą i pewnego rodzaju witalnością, jakiej mogliby pozazdrościć jej brat i matka. Nie powiem czym według mnie były strachy w Hill, bo to już można nazwać spoilerowaniem, jednak radziłabym przyszłym czytelnikom uważnie zapoznawać się z partiami powieści, które mówią o fascynacji doktora Faradaya starym domostwem. 
Cieszę się, że podkreślasz też problem zmiany, który w powieści jest wyraźnie widoczny. W końcu podupadli arystokraci próbują zrobić wszystko, żeby przeżyć i zachować jako taki komfort życia. Nie udaje się jednak, choć – co znamienne – cały czas zauważamy podział na „my” i „oni”, „lepsi” i „gorsi”. Lepszymi są oczywiście Ayresowie, z racji urodzenia. Gorszym jest Faraday i niezupełnie mu się to podoba.
Im więcej o tym rozmawiamy, tym lepiej widzę, że wciśnięcie Kogoś we mnie do szufladki z opowieściami o duchach, jest strasznie krzywdzące.

Marta: To prawda. Chociaż duchy - ich popularne wyobrażenie, jako nawiedzających stare domostwa zjaw - są tym, co pierwsze przychodzi na myśl podczas lektury. Ale Waters nie interesuje zwyczajne opowiadanie historii. Pod warstwą fabuły znajdziemy ukryte znaczenia i tajemnicę, której istotę każdy powinien odkryć sam. Warto przy tym pamiętać, że są na świecie rzeczy straszniejsze niż widziadła rodem z klasyków grozy... 
Przyznaję, że w trakcie dyskusji inaczej spojrzałam na powieść Waters - wybaczam dłużyzny i irytującego doktora Faradaya z jego szkiełkiem i okiem. Ta książka spodoba się zarówno amatorom zagadkowych opowieści, historii z drugim dnem oraz miłośnikom powieści psychologicznych.

Olga: Wychodzi więc na to, że Waters pokonała nas i tutaj - najpierw złościmy się na nią za małe wodolejstwo, a teraz jesteśmy gotowe wybaczyć jej wszystko, bo nabrała nas z klasą, jak wytrawny gracz, któremu nie drgnie żaden mięsień twarzy podczas plecenia andronów. I muszę Ci powiedzieć, że ja z chęcią dam się tak nabrać jeszcze nie raz. Bo to cudowne uczucie: zarówno podczas czytania, jak i rozkładania utworu na czynniki pierwsze. Pozostaje więc tyko zachęcić kolejne osoby do zapoznania się z powieścią Waters, rozmawiania o niej i odgadywania, co naprawdę wydarzyło się w Hundreds Hill.
Waters, S. (2016). Ktoś we mnie. Prószyński i S-ka, Warszawa
Tytuł oryginału: The Little Stranger
Tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska

19 komentarzy:

  1. Z przyjemnością przeczytałam waszą blogową rozmowę, poproszę o więcej :D
    Co do autorki, miałam okazję czytać "Niebanalną więź" i bardzo dobrze tę historię wspominam. Tam też była bardzo delikatna sugestia w kierunku nadprzyrodzonego wyjaśnienia pewnych zdarzeń i przyznam, że lubię jak autor zostawia czytelnikowi trochę swobody i niby tłumaczy, co się stało, a jednak zostawia furtkę dla innej interpretacji. Także nie oczekuję, że "Ktoś we mnie" okaże się rasowym horrorem, ale chętnie doświadczę dreszczyku emocji :) Jestem ciekawa czy będę po stronię postaci racjonalnej czy tej wierzącej w ingerencję duchów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło słyszeć - dziękuję :-) Postaramy się rozmawiać częściej!
      "Niebanalnej więzi" jeszcze nie znam, podobnie jak "Pod osłoną nocy" - tylko te dwie książki Waters zostały mi do przeczytania... Mam nadzieję, że autorka pisze już coś nowego! A najlepsze jak dotąd było "Za ścianą" i, oczywiście, "Złodziejka". Chociaż po rozmowie z Olgą przyznaję, że "Ktoś we mnie" również ma swoje plusy :-)
      Przyznam, że osobiście wolę zakończenia jasne i klarowne. Chcę wiedzieć, jak historia kończy się według tego, który ją stworzył - mogę wtedy z nią dyskutować, mogę wymyślać własne alternatywne zakończenia, ale z reguły za niedopowiedzeniami nie przepadam (wyjątek to było "Dokręcanie śruby" Jamesa).

      Usuń
    2. Mam dużo tytułów do nadrobienia jak widzę, ale sądzę, że to będzie sama przyjemność :) Tak ogólnie również wolę jasne zakończenia, ale do niektórych powieści pasuje mi taka dwuznaczność. Trudno to wyjaśnić, bo chodzi o bardzo subiektywne odczucia, ale tak właśnie mam :)

      Usuń
    3. Wiem, co masz na myśli - tajemniczy koniec zdaje się pasować do tajemniczych historii. Ale mnie czasem takie rozwiązanie irytuje. Choćby zakończenie "Lalki" - popełnił Wokulski samobójstwo, czy nie? Wysadził się w ruinach zamku, czy wyjechał, zacierając za sobą ślady? Chciałabym wiedzieć - a nie tylko zgadywać - jaki finał Prus przewidział dla Stacha ;-) i żałuję, że się tego nie dowiem...

      Usuń
    4. No fakt, w przypadku Wokulskiego to przydałoby się jasne zakończenie jego wątków i w takich sytuacjach również wolę czarno na białym, co się wydarzyło. Ale możemy tylko gdybać.

      Usuń
  2. Łee, nie cierpię blurbów, na ogół zdradzających ignorancję osoby, która je pisze. A takie dezinformowanie to najprostsza droga to tego, by rozczarować czytelnika - wiele osób mogło nabyć tę książkę z nastawieniem na typowe dzieło grozy, a tymczasem okazuje się, że autorka oferuje coś zdecydowanie więcej. Dla mnie byłaby to miła niespodzianka, ale pewnie niejeden mol książkowy może poczuć się srodze oszukany.

    A otwarte zakończenia to coś, do czego przywykłem czytając literaturę japońską. Proza pisarzy z Kraju Kwitnącej Wiśni pozwoliła mi docenić taką formę zwieńczenia dzieła - oczywiście pozostawia ona niedosyt, ale z drugiej strony daje wspaniały wachlarz możliwości do własnej interpretacji i dociekań na temat możliwych finałów. Książka nie kończy się wtedy wraz z ostatnią stroną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wychodzi na to, że jestem osamotniona w swoim zamiłowaniu do klarownych zakończeń.
      "Książka nie kończy się wtedy wraz z ostatnią stroną" - ładnie powiedziane :-) Ale myślę, że o ile książka prowokuje przemyślenia i rozmowy, to w pewnym sensie nigdy się nie kończy - nawet, gdy ma jasno określony finał.

      Usuń
  3. W temacie blurbów - zawsze nieco mnie dziwi to, że w wydawnictwie brakuje osoby, która by pisała je kompetentnie. Przecież wydawnictwo to firma, która zajmuje się książkami, a pisanie blurbów to nie fizyka kwantowa. Nie chodzi w nich przecież o literackie wyżyny - ważniejsze jest, żeby tego nie spieprzyć, a nie stworzyć dzieło sztuki.

    Ale poza tym - forma rozmowy mi się podoba, zawsze miło przeczytać wymianę zdań i różne spojrzenia poznać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spieszę wyjaśnić nieporozumienie: blurby bywają różne, fakt, ale akurat "zajawka" na okładce "Kogoś we mnie" jest OK - bo to j e s t powieść z dreszczykiem. W rozmowie z Olgą chodziło mi o coś innego - o drobne niedoskonałości samej książki, a nie o to, że okładkowy blurb wprowadza w błąd.
      Cieszę się, że te blogowe rozmowy podobają się nie tylko nam, rozmówczyniom ;-)

      Usuń
  4. Uwielbiam Waters, to nietuzinkowa autorka i w moim przekonaniu jedna z najwybitniejszych współczesnych powieściopisarek, która w swoich książkach przemyca bardzo ważne problemy! "Ktoś we mnie" czeka na swoją kolej i już niedługo zabiorę się do czytania, poza tym wiem, że się nie zawiodę. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj w klubie miłośniczek Waters! Udanej lektury życzę :-)

      Usuń
  5. Pisarki jeszcze nie znam, oczywiście to się musi zmienić:) Mogę tylko stanąć po stronie pisarzy, którzy lubią denerwować czytelnika otwartym zakończeniem. Czujemy niedosyt, ale taka książka tkwi jak drzazga w głowie i po czasie się ją po prostu pamięta. Podczas, gdy konkretne zakończenie pozwalają od razu przerwać więź z książką, zapomnieć i rzucać się bez zahamowań w nowe literackie przygody:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, historie bez jednoznacznego zakończenia pamiętamy lepiej - podobnie jak przerwane aktywności, niedokończone przedsięwzięcia... Dłużej tkwią w głowie - ale i dłużej irytują ;-)
      Jestem świeżo po lekturze "Lalki" i męczy mnie myśl o Wokulskim: zabił się, nie zabił? Zdecydowanie wolę, gdy mówi się do mnie - i pisze - otwartym tekstem :-)

      Usuń
  6. Lubię czytać rozmowy z pisarzami. Miło jest poznać nowe osobowości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Małe wyjaśnienie: to rozmowa dwóch czytelniczek, a nie pisarek ;-) Chociaż, kto wie, może kiedyś... :D

      Usuń
  7. Wasz rozmowa jest tak ciekawa, że kto wie, czy nie ciekawsza niż sama książka. Może nawet zachęci mnie do sięgnięcia, choć nie miałam jej w planach i to bardziej z ciekawości własnego odbioru niż ciekawości książki jako takiej. Jestem po lekturze Rozdartej zasłony- dzięki za zachętę, bardzo mi się podobało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przemiła rzecz, taki komplement - ale zapewniam, że książka jest jednak od naszej rozmowy ciekawsza ;-)
      A skoro tak dobrze idzie mi polecanie (prawda, że "Rozdarta..." jeszcze lepsza niż pierwsza część Szczupaczyńskiej?), to na pierwszy ogień proponuję lekturę "Złodziejki" Waters. Jestem (prawie) pewna, że Ci się spodoba!

      Usuń
  8. Ha, a moim zdaniem zakończenie wcale nie jest otwarte i nie ma w nim żadnego niedopowiedzenia, autorka wykłada wszystko kawa na ławę. I to mnie właśnie w tej książce zirytowało, bo czytałam ją bardziej jako powieść psychologiczną czy obyczajową, osnutą wokół tego wyraźnego motywu odchodzenia starego świata i ludzi, którzy nie są w stanie odnaleźć się w nowym. Tymczasem zakończenie pokazuje, że jednak była to przede wszystkim opowieść o duchach, a właściwie nie o duchach, a o pewnej mrocznej sile mającej swoje konkretne źródło. Tylko nie wiem, czy mogę tu napisać, co było tą siłą i jej źródłem, bo to by był wieeeelki spojler ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po lekturze byłam pewna jednego: że nic nie wiem. No i jeszcze, że marny byłby ze mnie detektyw ;-) (Niestety, nie odgadłam od razu, co stało się z panną Ayers).
      Zakończenie (o którym również nie będę spojlerować ;-) ) odkrywa tylko jeden znak zapytania. Zostaje kilka innych, w tym zagadka niepokojących wydarzeń w Hundreds. A finałowy konkret moim zdaniem bardziej zaburza klimatyczną tajemniczość książki niż możliwość odczytania jej jako powieści o zmianie porządków. W pewnym sensie nasz "spojler" przypieczętowuje to odejście - w bardzo konkretny, jak wspomniałaś, sposób.

      Usuń