Strony

06.09.2016

O młodości i innych demonach: "Moja walka. Księga 4" Karl Ove Knausgård

Młodość to nie bajka, przekonuje w czwartej księdze quasi-autobiograficznej sagi najpopularniejszy obecnie nad Wisłą norweski pisarz. Jeśli tęsknicie za bezpowrotnie utraconą nastoletnością, jeśli wzdychacie do lat szczenięcych, co nad poziomy miały wzlatywać, przeczytajcie ten tom "Mojej walki". I odetchnijcie z ulgą, że czas udręki i niepokoju macie już za sobą.
Osiemnastoletni Karl Ove, z głową pełną ambitnych planów, przeprowadza się na północ kraju, aby w maleńkiej wiosce Håfjord podjąć pracę jako nauczyciel. Młodzieniec w długim płaszczu i czarnym berecie nie traktuje pedagogicznej misji z należytą powagą - w rejonie Nord Norge zamierza spędzić jedynie rok, aby odłożyć pieniądze na podróż na południe Europy, gdzie będzie nocował na plażach oraz imał się dorywczych prac przy zbiorze pomarańczy. Zamiast małej stabilizacji i pracy od - do, Knausgård chce być wiecznie na rauszu, stworzyć Wielką Powieść i przeżyć wspaniałą miłość - jak bohaterowie powieści Kerouaca, Salingera i Bukowskiego, w których się zaczytuje, a którzy lekce sobie ważą mieszczańskie ideały. Niestety, reality bites. Co z tego, że Håfjord położona jest malowniczo wśród górskich zboczy i fjordów, skoro można obejść ją w kwadrans? Na szczęście ludzie z północy są otwarci i towarzyscy. Piją jak smoki, a uczniowie po szkole nudzą się tak bardzo, że wpadają w odwiedziny do... nauczycieli. Knausgård, niewiele starszy od swoich uczennic, zauważa nie tylko zalety ich umysłu, ale i ciała. Skromna Andrea i Liv o niebieskich oczach długo nie dają o sobie zapomnieć. 
Młodzieńcze nadzieje, ambicje i marzenia, wszystkie bledną wobec jednego - bo młodość w Norwegii, jak każda inna zresztą, to czas hormonalnej burzy i naporu:
"Koniec końców, chodziło mi wyłącznie o jedno. Chciałem się przespać z jakąś dziewczyną. Tylko tego pragnąłem". [1]
Przez czwartą księgę "Mojej walki" przewija się korowód dziewczyn o wdzięcznych imionach: Irene, Ina, Anna, Andrea i Vilde. Pierwsze miłosne próby to euforia z przewagą frustracji, szczęście z domieszką rozpaczy i sukces z długim cieniem nieodłącznej porażki. Proza Knausgårda, jak zwykle, uwodzi zwyczajnością i prawdą. Szczegółowy rejestr dojrzewania, spisany w sposób bezpośredni i szczery, trafia wprost do tej części czytelniczego "ja", która, dzięki wspólnocie doświadczeń, zachwyca się tą literacką spowiedzią. Kto z nas nie ma za sobą pierwszych sercowych rozczarowań? Kto nie szalał na imprezach, zgodnie z niepisaną zasadą, że "upijanie się od czasu do czasu do nieprzytomności to wyróżnik tych fajnych"? [2] Któż nie pragnął niemożliwego, gdy świat zdawał się  być na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie tak bardzo daleko?
Czwarta księga bestsellerowej sagi zyskuje wymiar uniwersalny również dlatego, że bazuje na kontrastach, tak charakterystycznych dla wczesnej młodości, gdy nadzieje bledną w konfrontacji z rzeczywistością, platoniczne uczucia przegrywają z pragnieniem fizycznej rozkoszy, a w skrytości marzy się o ciemnej stronie życia:
"Chciałem (...) całkiem się rozpłynąć i wieść wspaniałe życie rockandrollowca. Olewać absolutnie wszystko. Ależ mnie to pociągało! Z drugiej jednak strony nie mogłem się uwolnić od tego we mnie, co chciało, żebym był dobrym uczniem, porządnym synem, przyzwoitym człowiekiem". [3]
Ale młodość to nie tylko udręka - w Håfjord wiatry nie wieją tak mocno jak w rodzinnym Kristiansand, a figura ojca, który w poprzedniej księdze tak bardzo zaszedł kilkuletniemu Karlowi za skórę, w tym tomie narysowana jest miękką kreską. Możliwe, że ojciec Knausgårda stracił nieco ze swej surowości, odkąd zamieszkał z nową przyjaciółką, wiecznie roześmianą Unni, z którą spodziewają się dziecka. Remedium na bolączki dojrzewania, oprócz nieodłącznych książek, jest również muzyka. Gdyby czwarta księga "Mojej walki" była płytą, słuchalibyśmy na niej kawałków U2, Simple Minds, R.E.M., Prince'a i Iggy'ego Poppa. Chronologia i linearność wspomnień są w tym tomie - podobnie jak w poprzednich - kwestią umowną. Narrator często cofa się do swojego szesnastoletniego "ja", wspominając platoniczny związek z Hanne i rozwód rodziców.
Pierwsza praca, mniej lub bardziej okazjonalne pijaństwo, pisarskie próby i - nade wszystko - dziewczyny: oto, co wypełnia życie Karla Ovego w odciętej od świata norweskiej wiosce, w której jada się smażone rybie języki i mewie jaja. Karl Ove dorasta, dosłownie i w przenośni, w ostatniej scenie książki: seksualne spełnienie gwarantuje przepustkę do mitycznej krainy dorosłości. Broni się także pod względem literackim, bo jego Bildungsroman po norwesku - jak można nazwać tę księgę - to po prostu świetna lektura. Ale wygrać bitwę, nawet czwartą z kolei, to nie to samo, co wygrać walkę. A ta będzie jeszcze trwała przez dwa kolejne tomy, na które czekam z prawdziwą niecierpliwością.
Knausgård, K.O. (2016). Moja walka. Księga 4. Wydawnictwo Literackie, Kraków
Tytuł oryginalny: Min kamp. Fjerde bok
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka 
[1] Ibidem, str. 150;
[2] Ibidem, str. 150;
[3] Ibidem, str. 402.

14 komentarzy:

  1. Knausgård to taka gwiazda, która nagle rozbłysła na firmamencie literatury i cały czas świeci potężnym blaskiem świetności - z biegiem czasu coraz mocniej mi wstyd, że nie znam jeszcze twórczości tego jegomościa, tym bardziej, że jest ona z każdej strony bardzo chwalona.

    Część, o której piszesz wydaje się b. interesująca - szczególną ciekawość odczuwam względem osoby bohatera, który zaczytuje się w prozie Kerouaca, Salingera i Bukowskiego. Nazwiska wymienionych pisarzy oraz chęć życia na wzór stworzonych przez nich bohaterów obiecują bardzo wiele dobrego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cykl "Moja walka" ma zwolenników, jak i przeciwników - ja należę do tego pierwszego, liczniejszego, grona :-)
      Księga 4. to jedna z najbardziej interesujących "odcinków" "Mojej walki". Bohater marzy o byciu wolnym duchem na wzór bohaterów amerykańskiej literatury, ale nie bardzo mu się to udaje ;-) Co, w efekcie, wychodzi samej książce na dobre. Polecam, powinna Ci się spodobać!

      Usuń
  2. Muszę albo przestać czytać recenzje tych książek, albo w końcu je kupić. Na razie oczekiwania wywindowane pod niebiosa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam tę drugą opcję - masz mój znak jakości! ;-)

      Usuń
  3. Muszę się przyznać, że nieco nie rozumiem fenomenu tych książek. Od razu zdradzę, że żadnej nie czytałam, bo po prostu nie jestem w stanie sobie wyobrazić, żeby mogły mnie zainteresować. Możliwe, że bardzo się mylę, ale póki co absolutnie nie mam ochoty na ich poznawanie, mimo że zbierają pozytywne recenzje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja chyba też go nie rozumiem (tego fenomenu), co zupełnie nie przeszkadza mi zaczytywać się w kolejnych częściach "Mojej walki" ;-) A bardziej na serio: myślę, że Knausgårdowi udało się przekuć zwyczajne życie w niezwykłą literaturę. A to naprawdę coś. Poza tym, łatwo się z autorem utożsamiać - i nieważne, że nigdy nie było się w Norwegii, ani nie jadło mewich języków (fuj!). Rozpoznaje się w jego problemach, bolączkach i rozterkach (ale również w radościach) swoje własne. Bardziej zachęcić już nie potrafię ;-) - mam nadzieję, że kiedyś nabierzesz ochoty na "Moją walkę". Bo naprawdę warto!

      Usuń
    2. *Edit: mewich jaj. Języki jada się na północy Norwegii... rybie ;-)

      Usuń
    3. Myślę, że kiedyś zmierzę się chociaż z jednym tomem, bo nie wypada zupełnie nie wiedzieć o co chodzi, ale to nie stanie się w bliskiej przyszłości :) Chociaż, nie przeczę, że zaintrygowała mnie kwestia uniwersalności, mimo że większość czytelników nie pochodzi z Norwegii i nie miało okazji kosztować mewich jaj czy rybich języków. Swoją drogą totalna egzotyka :))

      Usuń
    4. Jestem prawie pewna: gdy przeczytasz jeden tom, będziesz chciała znać je wszystkie. Tak było ze mną, wpadłam jak śliwka w kompot niemal od pierwszej strony :-)

      Usuń
  4. Ta przyjemność jeszcze przede mną. Przeczytałam dwa tomy, dwa kolejne przede mną. Dwa pierwsze mnie zafascynowały. Teraz sobie zrobiłam przerwę, zaglądnęłam w międzyczasie do zupełnie innej książki Knausgarda ("Jesień"). Jeszcze nie przeczytałam do końca, jeszcze przetrawiam, ale... chyba wolę jego wcielenie z walki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie potrafię dawkować sobie przyjemności (ani literackich, ani żadnych innych chyba ;-) ) - jak tylko kolejny tom "Mojej walki" ukazuje się drukiem, staję w kolejce do księgarni (lub biblioteki).
      "Jesień" zaskoczyła mnie podczas ostatniej wizyty w empiku - nie miałam pojęcia, że będzie coś nowego. Przekartkowałam (wnikliwie) i... nie zachwyciło mnie. Ale nie mówię "hop", trzeba przeczytać. Kiedyś.

      Usuń
  5. Cały czas zastanawiam się, czy po te książki sięgnąć, nawet miałam w planach wakacyjnych zapoznać się na próbę z pierwszym tomem, nie wyszło, jednak liczę, że i tak się spotkamy. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zastanawiaj się dłużej :-) Jedyne ostrzeżenie: gdy zacznie się czytać pierwszą księgę, nabiera się nieodpartej ochoty na kolejne!

      Usuń
    2. Zatem wpisuję na listę must read. :)

      Usuń