Strony

21.09.2016

Książka na kozetce #14. Literatura i progenitura: dlaczego bohaterowie wielkich powieści nie mają dzieci?

Bohaterowie wielkich powieści są bezdzietni - tę frapującą tezę stawia w eseju pt. "Powieść i prokreacja" Milan Kundera, mistrz nieznośnie lekkiej frazy i, jak się okazuje, nieznośnie trafnych obserwacji.
Czeski pisarz nie jest gołosłowny: dostarcza dość przykładów, z książek wziętych, na dowód, że literacki bóg nie pobłogosławił darem potomstwa co najmniej połowy wielkich protagonistów:
"Nie mają progenitury ani Pantagruel, ani Panurg, ani Donkiszot. Ani Valmont, ani markiza de Merteuil, ani cnotliwa Prezydentowa z Niebezpiecznych związków. Ani Tom Jones, najsłynniejszy bohater Fieldinga. Ani Werter. Wszyscy bohaterowie Stendhala są bezdzietni; podobnie jak bohaterowie Balzaka i Dostojewskiego; a w stuleciu dopiero co minionym Marcel, narrator W poszukiwaniu straconego czasu, i oczywiście wszyscy wielcy bohaterowie Musila, Ulrich, jego siostra Agata, żona Klarysa i Deotyma; i Szwejk; i bohaterowie Kafki (...)". [1]
Dlaczego wielka literatura się z dziećmi nie lubi?
 Źródło
Wystarczy zeskanować folder z napisem "przeczytane", aby móc listę bezdzietnych postaci literackich wydłużać w nieskończoność, dołączając do niej Herculesa Poirot, Wokulskiego, Wielkiego Gatsby'ego, Humberta Humberta (który dzieci nie ma, za to w dziecku się kocha); bohaterów Hemingwaya, Faulknera, Steinbecka, Camusa, Kerouaca i Conrada. Do ostatniej strony powieści dotrwali bezpotomnie Hans Castrop z Czarodziejskiej góry i najsłynniejszy literacki Grek, Aleksy Zorba. Córkę miał za to Henry Chinaski - alter ego Charlesa Bukowskiego - ale  powiedzieć, że zajmowały go losy dziecka, to powiedzieć za dużo. Jednak ciekawsza niż bilans bezdzietnych jest odpowiedź na pytanie, dlaczego wielka literatura się z dziećmi nie lubi. Dlaczego powieści, te zwierciadła obnoszone po gościńcu, nie respektują zasady, że w "prawdziwym" życiu potomstwa nie posiada zaledwie jeden procent ziemskiej populacji? Kundera argumentuje, że bezpłodność nie jest świadomym zabiegiem powieściopisarzy:
"(...) to duch sztuki powieści (lub jej podświadomość) brzydzi się prokreacji". [2]
Ale czy wystarczy przywołać definicję nowożytnej powieści - która stawia jednostkę na piedestale, w centrum literackiego świata - aby wytłumaczyć bezdzietność postaci, w owych powieściach występujących? Posiadanie dzieci - piękna rzecz. I trywialna zarazem. Bo jak pełnić honory książkowego bohatera, gdy potomstwo płacze, chce jeść - ciągle czegoś chce? Dzieci rozpraszają, dzieci dzielą człowieka, który je ma, na czworo, dzieci rozpuszczają rodzicielską indywidualność niczym gorąca woda cukier. Pisarze zdawali się o tym wiedzieć.
A gdyby pójść krok dalej i zaryzykować twierdzenie, że bohaterowie literaccy nie mają dzieci, ponieważ wielką literaturę zaludniają w większości... mężczyźni? I nie chodzi o to, że mężczyźni dzieci nie  miewają (wręcz przeciwnie), ale o to, że zazwyczaj mają je trochę... mniej. Bycie ojcem to ważna, acz chyba wciąż nie najważniejsza składowa męskości - nawet w dzisiejszej kulturze, opętanej ideą politycznej poprawności i równouprawnienia. A co dopiero w literaturze, i to tej sprzed stu, dwustu lat, gdy powstawały powieści, zaliczane dziś do klasyki?
Czy Donkiszot walczyłby z wiatrakami, gdyby miał dzieci?
Źródło 
Może to nie przypadek, że książkowe postaci, które dzieci miały, w większości nosiły spódnice? Potomstwa doczekała się Emma Bovary, Anna Karenina i Scarlett O'Hara. Miała je również Jane Eyre, choć, co znamienne, jej syn przyszedł na świat w epilogu powieści, gdy reflektory zgasły, a dzielna Jane dawno zeszła ze sceny. Córek dochował się pewien ojciec, stworzony przez Balzaca. Chociaż możliwe, że monsieur Goriot to akurat wyjątek - ten, który potwierdza regułę.
Istnieją teorie, według których przedłużanie gatunku to atawizm, dostarczający jednostce złudnego poczucia nieśmiertelności - obietnicy przetrwania we własnych dzieciach. Pozbawienie tego przywileju zostawia postaci literackie z pewnością, że ich życie skończy się wraz z ostatnią stroną powieści. Nie będzie małego Holmesa, Wołodyjowskiego - juniora, matką nie zostanie szekspirowska Ofelia ani Antygona. Tak pisze o tym Kundera:
"Donkiszot umiera i powieść dobiega końca; zakończenie jest doskonale ostateczne dlatego tylko, że Donkiszot nie ma dzieci: gdyby je miał, jego życie byłoby przedłużone (...); coś takiego słyszymy zresztą od maleńkości: twoje życie będzie trwało w twoich dzieciach; dzieci są twoją nieśmiertelnością". [3]
Życie jednostki nabiera zatem znaczenia dopiero w kontekście biologicznej ciągłości, zapewnionej dzięki potomstwu. Samo znaczy śmiesznie mało, niewiele więcej niż nic: zniknie w pochodzie pokoleń, zapomniane podczas ziemskiej tułaczki tych, którzy nastąpią po nas. Ocalenie? Istnieje - na kartach powieści. To właśnie tam - i chyba tylko tam - jednostka jest niezależną całością i podstawą wszystkiego. To powieść, a nie prokreacja, zapewnia nieśmiertelność.
Kundera, M. (2016). Spotkanie. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa
Tytuł oryginalny: Spotkanie
Tłumaczenie: Marek Bieńczyk
[1] Ibidem, str. 46;
[2] Ibidem, str. 46;
[3] Ibidem, str. 47.

40 komentarzy:

  1. W tym świetle - można powiedzieć, że w jakimś sensie Knausgard przywraca literaturze tę powagę funkcji ojcostwa. Pisarz jednakowo poważnie traktuje sprawy związane ze swoimi dziećmi, z pracą i twórczością:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, widzimy bohatera "Mojej walki" również w roli ojca. Ale to, w pewnym sensie, bohater inny, i powieść inna - bo autobiograficzna. Natomiast w kwestii tego, czy "Moja walka" - przy całej mojej sympatii dla tego cyklu - jest "wielką powieścią", pozostawię nierozstrzygniętą ;-)

      Usuń
  2. Ciekawe. :) Ale niektórzy z wielkich bohaterów literackich nie mieli dzieci z bardzo prozaicznego powodu: byli zbyt młodzi. Bo ile lat miał Werter? Chyba był za młodziutki na ojca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tą młodością różnie bywa - dziś matkami zostają 12-latki, więc pewnie i Werter mógł się rozmnożyć (gdyby autor chciał). Ale czy, mając dzieci, cierpiałby tak romantycznie?

      Usuń
    2. PS Werter miał ponoć nie więcej niż 20 lat - czy ja wiem, czy za młodziutki? Na pewno nie z biologicznego punktu widzenia.

      Usuń
  3. Niezłe, niezłe :-) chociaż trochę relacji ojciec - dziecko by się znalazło, a jak nie to przynajmniej dzieci w rolach głównych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kundera twierdzi, że proporcje bezdzietnych i rozmnożonych to, na czytelnicze oko, fifty-fifty - oprócz ojca Goriot, trochę tatusiów się znajdzie. A dzieci w wielkiej literaturze? - przeczesuję pamięć i trafiam - co znamienne - na sporo sierotek... :-)

      Usuń
    2. Pewnie dlatego, że sieroty bardziej chwytają za serce ale trafiają się też półsieroty a i dzieci z rodzin pełnych też da się czasami znaleźć :-)

      Usuń
    3. Widocznie równowaga musi być nie tylko w przyrodzie, ale i w powieściach ;-)
      Wychodzi na to, że jak dorosły bohater, to najczęściej bez dzieci, a jak dziecko - to nierzadko bez rodziców (albo rodzica). Może taki stan literackiej demografii to nie tylko kwestia emocjonalnego haczyka na czytelnika?

      Usuń
    4. Nie mam pojęcia - być może to kwestia twórczej weny, wrażliwości i umiejętności. I chyba jednak o równowadze trudno mówić bo choć dzieci w literaturze nie są rzadkością (mam na myśli literaturę poważniejszego kalibru) to jednak są w mniejszości. Dla równowagi :-) trzeba przyznać, że niektóre nieźle zamieszały w kulturze.

      Usuń
    5. Dzieci chyba mają skłonność do "mieszania", w życiu też ;-)
      Na marginesie dodam, że Kundera kończy swój esej konkluzją, że indywidualnego bohatera wypiera nowa powieść, która w centrum zainteresowania ma nie jednostkę, a cały szereg postaci. Tak jak w "Stu latach samotności" Márqueza. Ale mam wrażenie, że, przynajmniej na Zachodzie, indywidualizm mocno się trzyma. W książkach i wokół książek. Na przykład pisarze - uwielbienie dla niektórych przypomina dziś to, zarezerwowane niegdyś dla idoli rockowych ;-)

      Usuń
    6. Też mi się wydaje, że jeśli o to chodzi to Kundera mocno przesadził, jedna jaskółka wiosny nie czyni a indywidualni bohaterowie trzymają się mocno :-)

      Usuń
    7. I dobrze. Bo zdążyłam się do "pojedynczych" bohaterów przyzwyczaić - niezależnie od stanu ich przychówku :-)

      Usuń
  4. Ciekawy temat poruszyłaś. Trafny wydaje mi się trop zgodnie z którym dzieci są zbyt przyziemne, żeby wielkie osobistości literackiego świata miały ochotę obdarzać nim swoich bohaterów. Jak tu przeżywać dylematy i wahania nastrojów albo rozmyślać o świecie, kiedy dziecko chce jeść, spać itd.? :P No i chyba wiele zależy też od płci postaci, bo jak słusznie zauważyłaś niegdyś matki były zobligowane do zajmowania się dziećmi, a ojcowie już niekoniecznie, wiec żeńskie postaci te dzieci mają częściej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, kwestia płci zdaje się mieć tutaj niemałe znaczenie. No i, oczywiście, wymogi powieści jako gatunku: cała uwaga ma być skupiona na głównej postaci. Bohatera lepiej "widać" gdy jest pojedynczy, bez "satelity"-dziecka. A nawet, gdy dziecko ma, często nie odgrywa ono znaczącej roli: po prostu jest, w tle, a często dalej.

      Usuń
    2. Otóż to. Przyszło mi takie niechlubne porównanie do reakcji fizjologicznych, które bohaterów wielu książek omijają. Mało która postać musi jeść, pić czy korzystać z toalety. Oczywiście pomijając książki, gdzie specjalnie zaakcentowano te momenty, żeby czytelnika szokować.

      Usuń
    3. Trochę książek z jedzeniem i piciem (żeby nie powiedzieć: chlaniem bez opamiętania ;-) ) pewnie by się znalazło, ale rzeczywiście, czynności fizjologiczne zdają się wielu powieściowych bohaterów omijać. Że niby tacy doskonali, "czyści" i nieskalani?
      Obruszają nas naturalistyczne opisy, dla wielu są niestrawne - niezwykle ciekawa w tym kontekście jest wysoka tolerancja (żeby nie powiedzieć: zamiłowanie) do drobiazgowych opisów scen miłosnych :-)

      Usuń
  5. O, przepraszam, Henry Chinaski miał córkę :). „Marina Louise, tak Fay nazwała małą. Oto ona, Marina Louise Chinaski” („Listonosz”). Tylko za wiele uwagi jej nie poświęcał :). Obserwacje jednak tak czy siak ciekawe! Aż sobie chyba zrobię przegląd przeczytanych książek pod tym kątem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, czyli dałam się zwieść pozorom: posiadanie dzieci zupełnie mi do Chinaskiego nie pasowało, a informacja z "Listonosza" po kilku latach od lektury musiała wyparować. Choć gdy teraz o tym myślę, to można by się po Henrym spodziewać przychówku, i to niemałego ;-) Zaraz wprowadzę poprawki.
      Kundera szacuje, że bezdzietnych znajdziemy nawet w co drugiej wielkiej powieści. Ciekawe, czy Twój bilans będzie podobny.

      Usuń
  6. To jeden z takich tematów, po przeczytaniu którego mam ochotę uderzyć się w czoło z okrzykiem: "No jasne, przecież to jest oczywiste". Zgadzam się z Dominiką S. Na przykład taki Werter nie miałby czasu na głupoty, gdyby mu dziecię kwiliło pod bokiem (tak, Werter to jeden z moich najbardziej znielubionych bohaterów literackich ;) ).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? A najciekawsze jest to, że kwestie oczywiste cechuje zadziwiająco niski wskaźnik "zauważalności"!
      Nie lubisz wrażliwców-romantyków? ;-)

      Usuń
    2. Tak, a ja bardzo lubię jak ktoś patrzy świeżym okiem na takie oczywiste sprawy. Prawie jak dzieci, które się wszystkiemu dziwią i pytają "czemu".
      O, Wertera nie znoszę organicznie. Nie lubiłam go od pierwszego spotkania. Nudziasz i nieudacznik. ;)

      Usuń
    3. A mnie jest go trochę żal... Może gdyby chłopak był starszy, lepiej poradziłby sobie z tym pechowym uczuciem? Chociaż, nie - przecież na miłość nie ma lekarstwa. W żadnym wieku ;-)

      Usuń
  7. Wspaniała lektura wpadła Ci w ręce. Z czystej ciekawości, niejako z automatu zmuszony jestem do szybkiej analizy ostatnich lektur. Niedawno poznałem 2 książki Pynchona i tutaj jest pół na pół - bohater "Wady ukrytej", detektyw-ćpun jest po nieudanym związku, ale bezdzietny, ale już protagonista "Vineland" to ojciec, chociaż mocno nieudany, jeśli można użyć takiego młodzieżowego sformułowania. Postać z "Pierwszej miłości", bliski emerytury nauczyciel to taki uczuciowy impotent (z wiekiem boleśnie przekonuje się, czym właściwie jest tytułowa emocja), oczywiście bez potomstwa. Większość osobników z utworu "Nawet psy" jest bezdzietna, chociaż Robert, wokół żywota którego rozgrywa się akcja, mógł pochwalić się córką. Bohater "Pustyni Tatarów" umiera nie doczekawszy się potomka. Ha, teza wysnuta przez Kunderę jest bardzo ciekawa i aż prosi się, żeby zdecydowanie więcej czasu przeznaczyć na jej rozważania i analizę oraz by sięgnąć po sam esej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, "Spotkanie" to niepozorny tomik, ale jaki smakowity! To książka o książkach, a takie - zaraz po powieściach - lubię najbardziej.
      Chyba zrobię własny bilans bezdzietnych w przeczytanych książkach :-) Chociaż wydaje mi się, że ciekawsza byłaby odpowiedź na pytanie o przyczyny literackiej bezdzietności.
      Kundera stwierdza, że więcej niż połowa bohaterów wielkich powieści nie ma dzieci. Twoje podsumowanie zdaje się to potwierdzać ("uczuciowy impotent" - świetne!). A przy okazji zainteresowałeś mnie książkami Pynchona!

      Usuń
  8. Świetny tekst i jaki prawdziwy! :) Od razu nasunęła mi się na myśl powieść Grahama Greena "Sedno sprawy"... bo może gdyby miał dziecko jego egzystencja nie zostałaby rozpięta między problem miłości do kochanki / poczucia obowiązku wobec żony i wiary w Boga? Dziecko odmieniłoby diametralnie losy wielu książkowych bohaterów.
    PS. Bardzo mi się tu podoba - będę zaglądała :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, dziecko odmienia życie, więc na pewno zmieniłoby książkowe losy wielu bezdzietnych postaci. Ale wtedy my, czytelnicy, dostalibyśmy zupełnie inną książkę. Lepszą, a może gorszą? Nie wiadomo.
      P.S. Miło słyszeć, dziękuję :-)

      Usuń
  9. Mój ulubiony cykl i jeden z moich ulubionych autorów - nie sądziłam, że tego doczekam:) Swoją drogą rzeczywiście jest to zajmujący temat, będę mu się bacznie przyglądać podczas lektury. Ale dość logicznym zabiegiem jest brak potomstwa u bohaterów powieści. Dziecko jest gorsze niż kula u nogi. Jak podróżować, przeżywać przygody, albo nawet rozmyslać spokojnie, gdy dziecko doprasza się uwagi, jedzenia etc.? Może być ono jednym z bohaterów, jak u Llosy, ale tego przecież wymaga sam zamysł. A co z biednym, wspomnianym Werterem? Gdyby dokoptować mu dziecko, czy miałby sumienie się zabić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Spotkanie" Kundery wpadło mi w ręce przypadkiem, ale to był, jak się okazało, jeden z tych szczęśliwych przypadków.
      Pozbawienie bohaterów literackich przywileju posiadania potomstwa z powodów praktycznych? Coś w tym jest. Taka miłość, na przykład - niezbywalny temat wielkich powieści, i jej poszukiwanie... Raczej się z dziećmi nie lubią. Bohaterowie książek często szukają swojego miejsca w życiu, zatem logiczne, że, skoro nie zapuścili korzeni, to i dzieci nie mają. Ale czuję, że to zaledwie fragment obrazu i niepełna odpowiedź na pytanie Kundery.

      Usuń
  10. ...kiwam głową i dodałabym może tylko jedno pytanie: jak łatwo pisze się małych ludzi? Szczególnie, że wielkie powieści często są z czasów, gdy dzieci miało być nie słychać i nie widać, cóż miałyby wnieść do dzieła? Tym bardziej, że decyzja o ojcostwie nie była aż tak świadomą jak dziś, że tak powiem.
    Kobiety fakt mają, ale w sumie jakby nie miały, nawet dzieci Scarlett są niewidoczne, choć jedna sztuka napędza jeden z wątków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niełatwo, podejrzewam. Zgoda, dawne powieści niewiele mogły mieć z dzieci pożytku, choć przecież są i takie, które z małych ludzi uczyniły głównych bohaterów. Ale to inny temat.
      Otóż to, jeśli ktoś ma potomstwo, to kobiety, ale i one jakby w tle. Zatem: bohaterom wielkich powieści potomstwa mieć "nie wypada" - a jeśli już, to bardziej "wypada" kobietom. Ech.

      Usuń
  11. Obserwacja ciekawa, ale z kolei ja jestem ciekaw, czy niosła ze sobą jakieś wnioski?

    Ja bym dodał od siebie, że można to rozpatrywać jako pójście po linii najmniejszego oporu. Bohater samotnik, wyrzutek czy też inne indywiduum jest kusząco atrakcyjnym kandydatem na protagonistę - nie dość, że zdobędzie serca niewiast i sympatię męską, to jeszcze łatwiej takiego wysłać na przeróżne peregrynacje. Dziecko byłoby bagażem, który uziemiałby nie tylko bohatera, ale i autora. Dużo trudniej stworzyć dającego się lubić awanturnika, który porzuca swoje potomstwo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Qbusiu, wnioski (a raczej: hipotezy) są we wpisie, a jeśli pytasz o Kunderę, to w zasadzie on tę literacką bezdzietność tłumaczy "duchem nowożytnej powieści": skupianiem się na jednostce, bez "przyległości". Takie wyjaśnienie nie do końca mnie zadowala - dlatego powstał ten post.
      Hmm, wynikałoby z tego, że, aby stworzyć wielką powieść, należy iść po linii najmniejszego oporu ;-) No i nie wiem, czy wszyscy outsiderzy z miejsca zaskarbiają sobie męską sympatię - co więcej, nie tylko oni zasiedlają wielką literaturę. Ale coś w tym jest: wszystkie światła na bohatera. Niech nic go nie rozprasza, tak samo jak czytelnika i autora...

      Usuń
    2. Mi chodziło nie tyle o "dlaczego", ale "i co z tego?". Rozumiem, że Kundera skupia się na ukazaniu swego odkrycia i zgłębia hipotezy dotyczące jego przyczyn, ale czy pisze też o skutkach? Czy zastanawia się nad tym, jak zmieniłyby się powieści, gdyby ta ich cecha uległa zmianie?

      Usuń
    3. Według mnie, powieści - w formie takiej, jakie znamy je dziś - nie byłyby wtedy powieściami. Kundera idzie dalej: twierdzi, że nowożytna powieść wraz z jej pojedynczym bohaterem zostanie wyparta przez historie zaludniane wieloma równorzędnymi postaciami (lub tzw. bohaterem zbiorowym), tak jak w "Stu latach samotności" Márqueza. To chyba przedwczesna prognoza - z tego, co widzę, książkowy indywidualizm ma się całkiem dobrze.

      Usuń
  12. Ja z tych co nie chcą dzieci, więc brak progenitury u protagonistów mnie nie drażni. Ale np. w Trylogii Zimnego Ognia jeden z głównych bohaterów miał dzieci i to jest od początku powiedziane. I mimo, że nie przeszkadzają bohaterowi, to jednak są dość ważne koniec końców.
    Czwarta epoka Abe Kobo (1959!) główny bohater i jego żona planowali dziecko. Ważne!

    Bardziej rzuca mi się w oczy w filmach i serialach jakoś. Np. widzę jak po macoszemu są traktowani ojcowie. Flikken Maastricht (Policjanci z Maastricht, leciało kiedyś na TVS) detektyw miał pokręcone relacje z córką i nie była to "powracająca postać". Miało to wpływ na akcję serialu.

    Francuski serial No limit (Luca Bessona) to historia ojca który służył w służbach specjalnych, odsunął się od rodziny, ale gdy zostało mu parę miesięcy życia, stara się naprawić błędy i zmienia miasto by być bliżej córki, a jednocześnie wykonuje tajne zadania dla jednostki, która oficjalnie nie istnieje. Tam w ogóle jest cała masa różnych relacji, idealnie wpisana w scenariusz akcji. I siostra, i była żona, i córka, i nowy partner żony. Tak, czasem robi ekwilibrystykę, by w trakcie akcji odebrać np. córkę z posterunku bo coś nabroiła.
    Castle, Forever - rozwiązywanie zagadek kryminalnych, główni bohaterowie mają dzieci. W Castle to jest nastolatka i samotny ojciec. Relacje ojciec-córka są też osią fabularną.

    Chętnie bym teraz przeczytał o książkach, gdzie główni bohaterowie mają dzieci. Zrobisz listę? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu raczej chodzi o ciekawość (i odpowiedź na pytanie, skąd ta książkowa bezdzietność), nie o irytację. Ja tych "pojedynczych" bohaterów lubię, przyzwyczaiłam się - zresztą, obserwacja o stanie ich przychówku dotąd raczej nie zaprzątała mi głowy. Aż do chwili, gdy przeczytałam esej Kundery.
      A jeśli mowa o irytacji, to drażni mnie właśnie schematyczność postaci detektywów i policjantów - tych książkowych i filmowo-serialowych. Poplątane relacje rodzinne plus życiowy zakręt, na dokładkę chętnie problem alkoholowy. Jak z jednej matrycy.
      Pomyślę nad listą "dzieciatych" ;-) Może oprócz tego, że mają dzieci, łączy takich bohaterów więcej?

      Usuń
  13. A w takim razie czy to, że bohaterowie książek nie mieli dzieci może mieć wpływ na postrzeganie przez czytelników tych książek dzieci jako zła koniecznego. Mającego tylko przedłużyć gatunek....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że czytelnicy nie utożsamiają literatury z życiem - a przynajmniej nie do tego stopnia, żeby kwestię posiadania potomstwa uzależniać od tego, czy ma je ulubiony bohater literacki ;-)

      Usuń