Strony

25.01.2016

O pożytkach płynących z nie-czytania, albo "Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało" Pierre Bayard

Drogi Czytelniku, zamknij oczy i pomyśl o Bestsellerowej Książce Bardzo Znanego Autora, której nie przeczytałeś. Przypomnij sobie pozycje z literackiego kanonu, których nie znasz i pozwól sobie (po raz ostatni) poczuć wstyd na myśl o tym zaniedbaniu. Nie otwieraj oczu - zastanów się nad niekończącą się Listą Książek, Które Chcesz Przeczytać i opanuj drżenie serca, które lepiej niż Ty rozumie absurd tego zadania. Ogarniają Cię wyrzuty sumienia na myśl o dziełach literackich, które jako człowiek na poziomie, powinieneś znać? Czy podczas rozmów o literaturze, nie uderzyłeś się nigdy w piersi i nie wypowiedziałeś ulubionej formułki bibliofila: "Wstyd się przyznać, ale tego jeszcze nie czytałem"? Jeśli nie masz choćby jednego z powyższych grzechów na czytelniczym sumieniu, pierwszy rzuć kamieniem. Albo przeczytaj publikację Pierre'a Bayarda "Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?".
Ten krótki esej, napisany przez francuskiego profesora literaturoznawstwa, rozprawia się ze szkodliwymi mitami, narosłymi wokół książek i czytania. Wydany we Francji w roku 2007, z miejsca stał się bestsellerem; w kraju nad Wisłą ukazał się drukiem w roku ubiegłym i przeszedł bez większego echa. A szkoda, bo to pasjonujący mini-wykład o tym, co każdy czytelnik wiedzieć powinien, aby pozbyć się negatywnych emocji, jakie często - zbyt często - odczuwamy wobec literatury i lektur: wstydu, winy, wyrzutów sumienia, presji i źle pojętego poczucia obowiązku. Bayard uspokaja, rozgrzesza i pozwala na powrót odnaleźć w czytaniu przyjemność i narzędzie do poznania samego siebie. Wśród licznych paradoksów czytania, wymienia traktowanie książek jako celu samego w sobie, zamiast - drogi do celu:
"(...) powinniśmy pamiętać, że najważniejsze jest to, by mówić o sobie, a nie o książkach, czy też by mówić o sobie poprzez książki (jest to chyba jedyny rozsądny sposób mówienia o literaturze)".*
Ta niewielka książeczka otwiera oczy na kulturowe wymogi i liczne tabu, jakimi obwarowane jest czytanie. W społeczeństwach Zachodu - w coraz mniejszym stopniu, ale jednak - czytanie nobilituje, dodaje powagi i splendoru, w sposób podobny temu, w jaki nowa fryzura i strój potrafią przydać uroku. Pokutuje przeświadczenie, że pewnych książek po prostu nie wypada nie znać, natomiast wszystkie - należy czytać od deski do deski. Wobec tak idealistycznych wyobrażeń o kulturze, głos Bayarda brzmi rozsądnie: przekonuje on, że czasem ważniejsza od przeczytania książki jest umiejętność umiejscowienia jej w kulturowym kontekście. Bayard proponuje również odróżnienie nieczytania od nie-czytania. Podczas gdy pierwsze hasło dotyczy radykalnej postawy, polegającej na niezaglądaniu do książek, pojęcie drugie jest bardziej pojemne i mieści sytuacje mniej skrajne, wynikające głównie z braku dostatecznej ilości czasu na lekturę. Wśród nie-czytanych książek są więc te, które jedynie przekartkowaliśmy i te, które znamy ze słyszenia, są książki, które przeczytaliśmy, ale ich treść (a czasem nawet świadomość ich istnienia) uleciała nam z pamięci, i są wreszcie te, których nie znamy wcale. Powyższa typologia ma przypominać, że obcowanie z książkami to żywy, zmienny proces, a czytanie nie jest jedynym sposobem poznania dzieła. I, przede wszystkim, nie jest sposobem wystarczającym. Dość wspomnieć o czasie - arcyważnym i często lekceważonym aspekcie lektury:
"Czytanie (...) jest nie tylko poznawaniem i przyswajaniem, lecz - od momentu otwarcia książki - konsekwentnym i nieubłaganym zapominaniem".**
Marna, o ile nie tragiczna, zdaje się kondycja czytelnika - nie dość, że mierzy się on z obowiązkiem czytania, walczy również z ograniczeniami własnej konstrukcji, a walka ta jest z góry skazana na niepowodzenie. Spokojnie, to tylko literatura!, zdaje się mówić Bayard i, posługując się przykładami z książek - Balzaka, Oscara Wilde'a, Davida Lodge'a - pokazuje, w jaki sposób twórczo traktować czytanie. Na przykładzie "Imienia róży" Umberto Eco dowiadujemy się, dlaczego nie trzeba znać danego utworu, aby móc o nim z pasją rozmawiać, natomiast "Próby" Montaigne'a służą jako pasjonująca ilustracja do rozważań o tym, czy możemy twierdzić, że przeczytaliśmy książkę, jeśli zapomnieliśmy jej treść.
Druga, równie interesująca, część książki poświęcona jest zagadnieniom praktycznym, a więc sytuacjom (towarzyskie i romantyczne spotkania, praca zawodowa), które wymagają wypowiadania się na temat nieznanych utworów. Z przymrużeniem oka, wykorzystując literackie i filmowe drogowskazy - w tym "Dzień świstaka", znany film z Billem Murray'em - Bayard uczy twórczego podejścia do konsumowanych dzieł kultury. Przypomina, czym jest powinność dobrego czytelnika:
"P r z e j ś ć   p r z e z   k s i ą ż k ę - oto zadanie dobrego czytelnika, czyli takiego, który wie, że każdy utwór niesie w sobie jakąś cząstkę jego samego i że właśnie lektura może go do tej cząstki zaprowadzić, jeżeli będzie na tyle mądry, żeby się za często nie zatrzymywać".***
Książka jako pretekst do myślenia o sobie i przyczynek do autorefleksji? Książka jako lustro, w którym można się przejrzeć, a potem ostrożnie je odłożyć, żeby nie dać się pochłonąć cudzej wizji świata, ale zobaczyć w nim odbicie własnej? Takie spojrzenie na literaturę może się podobać. I nawet jeśli świadomemu czytelnikowi niektóre idee Bayarda wydadzą się oczywiste i nienowe, zebrane w całość tworzą inspirujące kompendium, które każdy bibliofil powinien mieć na swojej półce. Pamiętajmy - mimo iż esej Bayarda, za sprawą tytułu, łatwo pomylić z poradnikiem, książka nie należy do tego gatunku. Po jej przeczytaniu nie będziemy brylować na przyjęciach, tocząc błyskotliwe dyskusje o książkach, których istnienia przed chwilą nawet się nie domyślaliśmy. Autor nie pozostawia wątpliwości - żeby "rozmawiać o książkach, których się nie czytało", na koncie trzeba mieć odpowiednią ilość tych przeczytanych. Zatem - czytajmy Bayarda i całą resztę. I nie bójmy się pozwolić książkom zmieniać razem z nami, nie bójmy się też książek zapominać - to jedyny sposób, aby wreszcie usłyszeć siebie "pośród różnorodnych oddźwięków, które wywołują w nas książki".**** 
Bayard, P. (2015). Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało? Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa.
Tytuł oryginalny: Comment parler de livres que l'on n'a pas lus?
Tłumaczenie: Magdalena Kowalska
Seria: Biblioteka Myśli Współczesnej
*Ibidem, str. 136;
**Ibidem, str. 45;
***Ibidem, str. 136;
****Ibidem, str. 138.

38 komentarzy:

  1. Niezłe, mówić o czymś czego się nie zna, facet powinien u nas zrobić furorę :-) I dlaczego stosować to tylko do książek? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powinien, racja, a jednak nie zrobił. Obawiam się, że nie jest to kompendium wiedzy o tym, jak brylować na imprezach i imprezkach, nie ma tu rad, które w mig uczynią nie-czytaczy złotoustymi bibliofilami ;-) Chociaż, przyznaję, tytuł może zmylić!
      Myślisz, że tzw. "gadające głowy" studiują poradniki typu: jak nauczyć się X w weekend, albo jak opanować Y w wakacje? Ci, co uwielbiają wypowiadać się na tematy, o których nie mają pojęcia, z reguły się z taką "wszechwiedzą" rodzą.

      Usuń
    2. W każdym razie przekonanie, o którym piszesz "że czasem ważniejsza od przeczytania książki jest umiejętność umiejscowienia jej w kulturowym kontekście" to zapewne muzyka dla uszu "gadających głów". Do czego może prowadzić takie podejście przekonałem się jakiś czas temu czytając "Karawanę literatury" Łysiaka. Bardzo pouczające doświadczenie udowadniające, że w tym aspekcie Bayard akurat nie ma racji.

      Usuń
    3. Fakt, jest u Bayarda trochę podobnie "gładkich" zdań, które, bez zrozumienia jego głównej myśli, mogą zostać użyte w dowolnych kontekstach i w równie dowolnym celu. Mnie ta krótka książeczka przekonuje o tyle, że odczarowuje myślenie o literaturze jako o tej dziedzinie kultury, której należy się wyłącznie nabożna cześć i pełna szacunku obawa. Bayard twierdzi, że taka postawa zamienia czytanie w obowiązek, albo - co chyba gorsze - powoduje, że przestajemy czytać w ogóle.
      Dla porównania, przeczytam Łysiaka. "Pełna sensacyjnych treści i bulwersujących opinii rozprawa o współczesnej literaturze polskiej"? Intrygujące.

      Usuń
    4. Co do odczarowania myślenia - jak najbardziej jestem za, ale jestem zdania, że by wydać wiarygodną opinię o jakimś przedmiocie wypadałoby ten przedmiot poznać, tymczasem z tego co piszesz Bayard powiada, że niekoniecznie :-).
      Na Łysiaka nie namawiam, chyba że pod kątem sprawdzenia jak wygląda w praktyce pisanie o książkach, których się nie czytało :-) ale żeby to sprawdzić równie dobrze można poszukać czegoś w książkowej blogosferze :-)

      Usuń
    5. On pisze przewrotnie, co prowokuje pewne nieporozumienia (vide - tytuł, który nasuwa skojarzenia z popularnymi poradnikami). Moim zdaniem, Bayard do "nieczytania" wcale nie zachęca, wręcz przeciwnie! Napisałam w ostatnim akapicie: "Autor nie pozostawia wątpliwości - żeby "rozmawiać o książkach, których się nie czytało", na koncie trzeba mieć odpowiednią ilość tych przeczytanych". I to jest, moim zdaniem, clue :-)
      Okej, w takim razie książkę tylko przekartkuję ;-) I przy okazji sprawdzę, czy pomysł Bayarda (że czasem nie trzeba książki czytać, aby wyrobić sobie o niej opinię) działa w praktyce.

      Usuń
  2. słyszałam o tej książce, ale myślałam,że to coś w stylu popowego poradnika, a tu widzę,że to ciekawy paranaukowy esej, czyli teraz muszę zapuścić żurawia w bibliotece i poszukać tej książki, a jak rzeczywiście przypadnie mi do gustu, to ci łapkę uścisnę i sobie zakupię książeczkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że tytuł naprawdę jest mylący ;-) Przyznaję, na początku też dałam się nabrać. Ale to naprawdę ciekawa rzecz. Czuję, że Bayard trochę poukładał mi w głowie, jeśli chodzi o książki i czytanie w ogóle. Warto zapolować! :-)

      Usuń
    2. ooo, zapoluje na pewno. Dzięki za recenzję. Za to właśnie lubię blogi, zawsze się czegoś ciekawego doszperam :) A swoją drogą, tytuł nie jest mylący, a krzywdzący raczej ;) Szkoda, szkoda, jak tylko dorwę egzemplarz, to się pochwalę wrażeniami z lektury :) Pozdrawiam

      Usuń
    3. Tak, blogi to nieustające źródło inspiracji. Ale i pułapka zarazem - rozbudzają apetyt na coraz to nowe lektury i człowiek walczy potem sam ze sobą (i z czasem), żeby nie zacząć czytać wszystkiego na raz ;-) Tym bardziej więc warto do Bayarda zajrzeć; myślę, że dla blogerów książkowych to pozycja obowiązkowa.
      Ciekawe, jakie będą Twoje wrażenia :-)

      Usuń
    4. Przeczytałam. No i powiem tak: nihil novi sub solem. Nowych rzeczy się nie dowiedziałam, a jedynie odświeżyłam niektóre teoretycznoliterackie zagadnienia, które poruszaliśmy na studiach na zajęciach z kultury i teorii literatury. Podobają mi się kategorie, które wprowadza (książka- ekran np.). Większość jego spostrzeżeń i rad jest dla osoby, która studiowała polonistykę raczej banalnych i oczywistych, ale dla tych, którzy nie doświadczyli tej cudnej przygody, jaką jest studiowanie historii literatury, pozycja Bayarda świetnie tłumaczy pewne mechanizmy. Jedynie mam żal do autora o to, że nie uprzedził o spoilerach. Omawiając książki, które wykorzystuje jako przykłady do zobrazowania swoich tez, ujawnia wszystko, a ja niektórych z nich nie czytałam i przez to element zaskoczenia i śledzenia narracji z zapartym tchem został rozbrojony :(

      Usuń
    5. Wow, jesteś jak błyskawica! ;-)
      Osobiście zaliczam się - niestety - do tych, którzy nie przeżyli przygody ze studiowaniem historii literatury. Możliwe, że również dlatego Bayard do mnie trafia. Ale na pewno nie tylko z tego powodu. Napisałam w opinii o książce, że dla świadomych siebie, zaprawionych w bojach czytelników-laików (o literaturoznawcach nie wspomniawszy), niektóre z pomysłów Bayarda mogą nie być niczym nowym. Nie zmienia to jednak faktu, że na co dzień wiele z tych "oczywistości" jest często zapominanych. Ja przynajmniej lubię, gdy wszystko, co sama przeczuwam i o czym nieśmiało myślę, ktoś mi ładnie wyłoży na papier i poda w jednym miejscu ;-). No i bardzo doceniam fakt, że jego tok rozumowania pozwala pozbyć się negatywnych emocji związanych z książkami (vide słynne poczucie wstydu).
      Ja też nie znam większości książek, które posłużyły tu za przykłady. Ale same przykłady były tak ciekawe, że, szczerze mówiąc, nie odebrałam ich jako "spoilery". Tak czy inaczej, cieszę się, że za sprawą mojego skromnego wpisu sięgnęłaś po książkę - to chyba mój pierwszy taki blogowy sukces! ;-)

      Usuń
  3. Nie miałam pojęcia, że jest taka książeczka. Temat jest dość ciekawy, można się trochę poduczyć. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, ja też dowiedziałam się o jej istnieniu przez przypadek. Zdecydowanie szkoda, że nie było (i nie jest) o niej głośniej. No, ale od czego mamy blogi! ;-) Polecam!

      Usuń
  4. Aż chciałoby się napisać, że wstyd nie słyszeć o publikacji Bayarda :) Bardzo mnie zaintrygowała ta książka, jestem ogromnie ciekawa jaką wizję czytelnictwa autor prezentuje. Już z recenzji pewne punkty można wyłapać i na razie wydaje się, że patrzymy z autorem w tę samą stronę :) Dzięki za ten wpis :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo proszę, cała przyjemność (z propagowania ciekawych książek) po mojej stronie ;-)
      Tak, ten pierwszy odruch - wstyd! - jest niesłychanie silny. I bardzo często na blogach spotykany (mnóstwo komentarzy zaczyna się od słynnego: "Wstyd, że nie o książce nie słyszałam/nie czytałam itp."). Bayard otwiera oczy na kwestie, które po lekturze jego eseju wydają się oczywiste, ale na co dzień nie zwracamy na nie uwagi. Albo po prostu ich sobie nie uświadamiamy.
      Mnie też się podoba taka "zdroworozsądkowa" wizja czytania. I to bardzo!

      Usuń
    2. Też łapię się na to poczucie wstydu w stosunku do książek. W ogóle cały czas mam poczucie, że czegoś nie widziałam jeszcze, a wypadałoby znać, ale książek to szczególnie dotyka. Dlatego chętnie poznam zdrową wizję i może wyzbędę się poczucia wstydu, w końcu nie da się znać wszystkiego.

      Usuń
    3. Otóż to! Aby się tego wstydu raz na zawsze pozbyć (a przynajmniej trochę to przykre uczucie złagodzić), wystarczy sobie uświadomić, że książki mają być narzędziem do celu, a nie celem samym w sobie. Jaki to cel? Lepsze poznanie samego siebie. Według Bayarda, właśnie po to czytamy.

      Usuń
  5. Słusznie zauważyłaś, że tytuł świadczy o poradniku - ja właśnie dlatego omijałam tę książkę szerokim łukiem. Kiedy pierwszy raz o niej usłyszałam, stwierdziłam, że tego już za wiele w kwestii "jak zrobić... by być...". A tu klops, oceniłam książkę po tytule i mam za swoje ;)

    Esej przeczytam z wielką chęcią, choćby dlatego, że lubię ten gatunek :). Jednak abstrahując od treści, sam pomysł, by mówić o czymś czego się nie zna jest dla mnie dość kontrowersyjny. Jestem raczej przeciwniczką wypowiadania się o sprawach, na których temat nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Jeśli nie znam danej książki, mówię że jej nie znam, lub że słyszałam (o ile tak jest), ale nie staram się wyjść na mądrzejszą, niż jestem. Może to staromodne, lecz wydaje mi się, że trzeba coś znać, by móc wypowiedzieć się w sposób pełnowartościowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tytuł jest mylący, to fakt. Ale są tego dobre strony - dzięki temu, być może, ktoś skusi się na nią ze względu na pozornie poradnikowy charakter. Mamy nowe powiedzenie, skądinąd słuszne - nie oceniaj książki po tytule ;-)
      Najlepiej będzie, jeśli przekonasz się sama, co ma na myśli Bayard :-) Bo on pisze przewrotnie i - mam wrażenie - wiele razy puszcza do czytelnika oko. Zarówno jeśli chodzi o tytuł, jak i o treść. W każdym razie, mam jeden wniosek z lektury: skoro i tak nie przeczytam Wszystkich Książek Świata, czasem, żeby móc rozmawiać o literaturze, po prostu MUSI wystarczyć mi wiedza książkach, które przeczytałam do tej pory. Nie tyle chodzi Bayardowi o to, aby wypowiadać się na temat czegoś, czego się nie zna, ani żeby się wymądrzać, zgrywając erudytę (gdy książek się np. wcale nie czyta), ale aby nie bać się mówić o książkach, które zna się pobieżnie, z opinii innych lub z własnej lektury sprzed lat. I przede wszystkim o to, żeby się literatury nie bać i nie wstydzić, że nie przeczytało się tego czy owego. Wyzwolić się spod presji "obowiązku" czytania, jaki nakłada na nas kultura i przymusu "kolekcjonowania" przeczytanych książek. Po co? Żeby nie czytać dla samego czytania, ale dla lepszego poznania siebie. A poza tym - w tej małej książeczce jest dużo, dużo więcej, niż sugeruje tytuł.

      Usuń
    2. I - przypomniało mi się najważniejsze - czasem warto porzucić stare przekonania i nawyki i spróbować czegoś nowego. Choćby dlatego, żeby nie ominęło nas jakieś ciekawe doświadczenie (banał, wiem, ale kto powiedział, że banał nie może kryć ziarna prawdy? ;-) ).

      Usuń
    3. Coś w tym jest, że my, czytelnicy, mamy okropny kompleks niższości wobec tego, czego nie przeczytaliśmy (i wobec tych, którzy już przeczytali). Polak, który nie przeczytał Sienkiewicza może zostać okrzyknięty nie-Polakiem, studenci filologii muszą wiedzieć wszystko o wszystkich książkach (choć raczej nie czytają), a my kajamy się za każdym razem, gdy nie przeczytaliśmy czegoś, co ktoś nazwał arcydziełem literatury. Jeśli esej Bayarda ma leczyć ten kompleks, to przyklaskuję. Sama rzadko się wstydzę, bo jeśli jakąś lekturę chcę poznać, to w swoim czasie poznam. Kiedy już się wstydzę, to znaczy że nie znałam, nie słyszałam, w ogóle się nie orientowałam - jak w przypadku recenzowanego przez Ciebie Javiera Maríasa.
      Nadal jednak zastanawiam się, czy można porównywać lekturę pobieżną (zapomnianą) i tą znaną ze słyszenia. Jeśli coś poznałam, to choć nie treść się zaciera, pamiętam uczucia, które książka we mnie wywołała, niektóre spostrzeżenia. Kiedy tylko słyszałam o książce, mojego wkładu w nią po prostu nie ma. I wtedy, w moim mniemaniu, dyskusja jest jałowa. Nie mogę dać od siebie nic, co wzbogaciłoby rozmowę o książce, bo jest ona dla mnie tylko przedmiotem, dodatkowo obcym.

      A przed tymi banałami tak się nie musisz bronić - Coelho całą swoją karierę na tym zbudował ;)

      Usuń
    4. Uświadomienie sobie problemu jest połową sukcesu na drodze do jego pokonania (znowu zabrzmiało jak z Coelho, ale skoro banał to nie wstyd... ;-) ). A propos wstydu - ten nieuświadomiony, wespół z poczuciem winy (tego nie znam, o tym nie słyszałam, tego nie czytałam itp.) może towarzyszyć nam przez całe czytelnicze życie. A, szczerze mówiąc, nie ma ku temu powodów. Nawet jeśli masz opory, aby mówić o książkach, które znasz ze słyszenia lub o tych, których nie znasz wcale, warto dać tej książce szansę, żeby rozprawiła się z negatywnymi emocjami wobec czytania. I, mam wrażenie, nie trzeba odczytywać pomysłów Bayarda zbyt dosłownie. Pod hasłem: "Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?" kryje się namowa do wyrobienia sobie innej, bardziej otwartej postawy wobec literatury. Do spojrzenia na nią przez pryzmat samego siebie, do uwolnienia się wreszcie od perspektywy, z jaką świat widzą autorzy czytanych przez nas książek i zwrócenia się ku sobie. Mówiąc potocznie - nie trzeba kupować browaru, żeby napić się piwa ;-), czyli - nie musimy czytać i znać wszystkiego, aby czuć się na tyle pewnie, żeby książki, nawet te nieczytane, nie były dla nas tematem tabu.

      Usuń
  6. Nie odczytalam twojej opinii o książce, jako nawoływanie do nie czytania, jak chyba odebrał to Marlow, albo raczej wyraził obawe przed takim jej odczytaniem, ale jako nieco inne potraktowanie literatury przez tych który czytają bardzo dużo, a wciąż maja poczucie, że za mało, że coś tracą kiedy oddają się innym zajęciem. Taki malutki przykład. Kolezanka żądała mi pytanie, które ją usłyszałem, czy czytała coś Hłaski. Ją na to już z wyrzutami sumienia i poczuciem mojej nieznajomości tematu skromnie wyznała, że jedynie Cmentarze i Następny do raju.kiedy okazało się, że ona pytalam mnie o coś zupełnie z literatura niezwiązanego. Moja starcza głuchota przerobiona pytanie.A co to ma wspólnego z i tematem? Otóż to, że już zaczynalam czuć się nieswojo, już miałam poczucie, że jestem nieodbytą, już zaczynalam czuć się gorzej...jak się okazalo niepotrzebnie. No i to prawda.że często nawet przeczytawszy książkę za jakiś czas (niekoniecznie odległy) kompletnie jej nie pamiętamy, ale znajomość tej i innych pozwoli nam na wypowiadanie się o jej treści. Tak to zrozumialam.I w tym kontekście uważam, że to może być ciekawa pozycja. I rzeczywiście argumentacja karłowa działa tu w dwie strony (apropos czytania Łysiaka Karawany. Swoją droga mnie wystarczyła jego recenzja książki, aby po nią nie sięgać).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twój komentarz trafia w sedno. I zarazem jest dowodem na jedną z tez Bayarda, że można wyrobić sobie właściwe pojęcie (a nawet opinię) o książce, bez jej czytania :-)
      To jest niesłychanie ciekawe, ten nasz wstyd i poczucie winy, które tak często czujemy z powodu subiektywnych "braków" w oczytaniu. Niewielu jest przecież w stanie sprostać idealistycznej wizji kultury, w której wszyscy znają i czytają wszystko.
      Świetny przykład z tym zapominaniem. Na blogach wiele razy spotykam opinie o książkach, które kiedyś - lata temu - czytałam, i niby jest okazja do dyskusji, ale ja mam pustkę w głowie. Zapomniałam. Na szczęście pamięć wrażeń emocjonalnych jest silniejsza niż pamięć treści, więc wrażenie, czy książka mi się podobała, czy nie, zostaje. I dyskutować można. Chociaż pytanie: "po co tyle czytam, skoro połowę i tak zapominam?", pozostaje zasadne. Ale Bayard ma na to odpowiedź, która mnie przekonuje - czytam, aby znaleźć drogę do siebie. Książka jest narzędziem, a nie celem samym w sobie.
      "Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?" to naprawdę ciekawa rzecz. Zupełnie inna niż wszystko, a przy tym otwierająca oczy na kwestie niby znane, a zarazem takie, z których często po prostu nie zdajemy sobie sprawy. Bardzo polecam.

      Usuń
    2. P.S. Tak czy inaczej, zaintrygowaliście mnie tą "Karawaną literatury" na tyle, że przy okazji książkę o ile nie przeczytam, to przynajmniej przekartkuję ;-)

      Usuń
    3. Możesz nie drukować tego komentarza, chciałam tylko się wytłumaczyć że pisze na tablecie, który zmienia mi słowa i pożera końcówki wyrazów a z k
      Marłowa zrobił karłowa :( taki urok sprzętu podróżnego

      Usuń
    4. Znam ten ból - pisanie tekstu dłuższego niż jedno-dwa zdania na urządzeniach mobilnych to wyższa szkoła jazdy ;-) Na szczęście literówki nie zjadły sensu Twojego komentarza :-)

      Usuń
  7. Studiując filologię angielską całkiem nieźle opanowałem tę sztukę. Natłok lektur brytyjsko-angielskim czasem przerastał i trzeba było na zajęciach sądy odpowiednie wydawać. Nawet w dyskusjach brać udział. Na całe szczęście były to wyjątki, bo i tak starałem się większość czytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka Bayarda powinna być lekturą obowiązkową dla studentów wszystkich filologii - serio. A przynajmniej uzupełniającą.
      Czyli, Qbusiu, masz wprawę w takich dyskusjach. Ja muszę się w tej sztuce podszkolić, bo dotąd mówiłam w zasadzie tylko o książkach, które znam. Może kiedyś porozmawiamy o tych, których nie czytaliśmy ;-)

      Usuń
  8. Mówić o czymś o czym się nie ma pojęcia... to musi być prawdziwa sztuka. A zapewne jeszcze większą sztuką jest napisać o tym esej. Skutecznie mnie zaciekawiłaś. :-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj nie, to nie do końca tak. Ten esej skierowany jest do tych, którzy jednak czytają, a więc o literaturze pojęcie - jako takie - mają. Najważniejsze, że Cię zainteresowałam. Bo warto! :-)

      Usuń
  9. Bardzo chętnie czytuję takie eseje wokół książkowe. A skoro autor proponuje zdroworozsądkowe podejście do tematu, warto sięgnąć tym bardziej.
    Porusza np. wątek zapominania przeczytanych książek. Nigdy nie uważałam, że zmarnowałam czas, nawet, jeśli dziś nie pamiętam nic z jej treści. Możliwe, że wtedy, gdy ją czytałam była mi do czegoś potrzebna. Otworzyła drogę innej lekturze; a jeśli okazała się bezwartościowa – to dziś wiem dlaczego była taka zła. Widocznie była potrzebna do tego, by dziś odróżnić te wartościowsze.
    „Czytam, aby znaleźć drogę do siebie” – to najpiękniejszy komentarz, jaki kiedykolwiek słyszałam o czytaniu. To kwintesencja czytania… Zgadzam się z nim zupełnie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu, powiem krótko i szczerze: zazdroszczę Ci takiego podejścia do czytania. Sama wiele razy zadawałam sobie pytanie: po co czytam (a raczej - po co czytam tak dużo), skoro zaraz zapominam? Dlatego bardzo podoba mi się wyjaśnienie Bayarda; pomysł, że książki są doskonałym narzędziem do samopoznania. Oraz Twoja myśl, że określone lektury są po to, żeby przygotować nas na odkrycie kolejnych. Trafia do mnie myśl, że wszystko w życiu jest "po coś". Również książki :-)

      Usuń
  10. "(...) powinniśmy pamiętać, że najważniejsze jest to, by mówić o sobie, a nie o książkach, czy też by mówić o sobie poprzez książki (jest to chyba jedyny rozsądny sposób mówienia o literaturze)" Stosuję, a przynajmniej tak mi się wydaje, bo dość często zarzucano mi, że w notce o książce jest więcej bajdurzenia o mnie niż o niej samej :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bayard byłby zachwycony ;-) A i ja sądzę, że takie dygresyjne narracje o książkach są najciekawsze. W końcu, czym innym jest czytelnik, jeśli nie filtrem, przez który "przepuszcza" opowieść? A filtrowanie - ważna rzecz, więc i o filtrze warto.

      Usuń
    2. Przy czym ja akurat z tych filtrów z dolnej półki. Bardziej ekonomicznych :P

      Usuń
    3. Najważniejsze, że dobrze filtrujesz ;-)

      Usuń