Strony

25.11.2015

Książka na kozetce #4. Depresja i smutek w życiu i w literaturze, czyli po co nam niewesołe lektury

Są zimowe sporty, buty i sen. Letnie bywają wakacje, przygody i burze, a wiosenne - porządki, bujność traw czy alergie. Jesienne natomiast są albo róże, albo... chandra. Nieprzypadkowo spadek nastroju kojarzy się z porą roku znaną z kiepskiej pogody i wcześnie zapadających wieczorów. Nie od dziś wiadomo, że brak światła słonecznego sprzyja obniżeniu nastroju, a listopadowy deszcz wygląda efektownie jedynie w teledysku Guns'n'Roses. W szaro-bure dni budzimy się zmęczeni bardziej, niż byliśmy, kładąc się spać. Jesteśmy skłonni uwierzyć, że nic nie ma sensu i wszystko nic nie warte, a najmniej w tym wszystkim - my. Gdyby tylko chciało się chcieć tak bardzo, jak się nie chce! Depresja, czy mała depresyjka? Smutek, czy ledwie - smuteczek? Godziny i dni odmierzane melancholią zdarzają się wszystkim. Znacie je na pewno z własnego doświadczenia, prawda? To posłuchajcie.

18.11.2015

Być jak Jacek Dehnel: "Dziennik roku chrystusowego" Jacek Dehnel

W życiu każdego nadchodzi czas, kiedy rocznice kolejnych urodzin raczej przygnębiają, niż cieszą. Czas, gdy prywatny licznik przyspiesza i, zamiast ochoty na szampańską fetę, przynosi strach przed starością. Za przełomowe momenty w osobistych biografiach zwykliśmy uważać daty okrągłe - kryzysową "trzydziestkę" i "czterdziestkę", ale symboliczny jest również wywodzący się z tradycji religijnej rok chrystusowy. Trzydzieste trzecie urodziny to umowna cezura między młodością mężczyzny a wiekiem dojrzałym (a przynajmniej - dojrzalszym), między pełnią a nieubłaganym schyłkiem. To data szczególna (statystycznie rzecz biorąc, to prawie połowa męskiego życia), prowokująca do pierwszych podsumowań i bilansu życiowego półmetka. Tak też stało się w przypadku Jacka Dehnela, którego relacja z dwunastu miesięcy między trzydziestymi trzecimi a trzydziestymi czwartymi urodzinami, ukazała się niedawno drukiem pod postacią "Dziennika roku chrystusowego". 

11.11.2015

Będę leżeć i czytać pod choinką, czyli przedświąteczne nowości i zapowiedzi książkowe

Ledwo minęło importowane święto duchów i wampirów, ledwo, dnia następnego, zapaliły się (i zgasły) znicze na grobach, a witryny sklepowe już kuszą propozycjami bożonarodzeniowych prezentów. Powierzchowna i płytka komercja jest jak współczesne "memento mori" - przypomina o nieubłaganym upływie czasu. Rynkowy kalendarz sprzedaży rządzi się swoimi prawami, czas jest w nim jak z gumy: potrafi się rozciągać (sklepowe święta trwają nie dwa dni, a dwa miesiące - od listopada do grudnia) i kurczyć zarazem, serwując grudzień w listopadzie. Można się zżymać na drapieżną rynkową komercję, jak i na fakt, że prawdziwe święta, zanim nadejdą, zdążą nam często spowszednieć dzięki medialnej i komercyjnej Gwiazdce, w której uczestnictwo rozpoczyna się na długo przed świętem właściwym. Można też na sprawę spojrzeć z drugiej strony.

08.11.2015

Karuzela z intrygami: "Złodziejka" Sarah Waters

Czasem białe jest czarne, czarne - białe, a pozory skrywają prawdę głęboką jak studnia. Czasem bezsilność wygląda jak obłęd, a pod przebraniem złoczyńcy znajdziemy serce ze szlachetnego kruszcu. Czasem nic nie jest tym, czym się wydaje, ale wierzymy w to, co mamy przed oczami, bo nie chcemy widzieć, ale zobaczyć to, czego się s  p  o  d  z  i  e  w  a  m  y.
Czary, iluzje, znikające przedmioty i króliki wyciągane z kapelusza - dajemy się oszukać, bo patrzymy, nie widząc. Złudzenia, które wsączają magię w rzeczywistość, łudząco przypominają te, które pozwalają żyć w rzeczywistości bez magii. Jestem pewna, że Sarah Waters uwielbia czary-mary. I niespodzianki. Jej "Złodziejka" to teatr iluzji godny Davida Copperfielda, karuzela zwrotów akcji, od których kręci się w głowie. Waters stworzyła psychologiczny dreszczowiec, stylizowany na powieść wiktoriańską, z perfekcyjną dbałością o szczegół, widoczną w portrecie przedstawionej epoki oraz w rysunku postaci. Jak na najlepszą powieściową magię przystało, pod płaszczykiem wytrawnej rozrywki, "Złodziejka" skrywa drugie - a nawet trzecie - dno.

03.11.2015

Życie jest opowieścią: "Jutro, w czas bitwy, o mnie myśl" Javier Marías

Przez Johna Maxwella Coetzee nazwany najlepszym współczesnym pisarzem, przez krytyków porównywany do Márqueza, odziedziczył koronę królestwa Redondy i rozdaje tytuły literackiego szlachectwa kolegom "po piórze" (z jego rąk otrzymali je, między innymi, Umberto Eco i Alice Munro). I choć stylem bliżej mu do Marcela Prousta, przyznaje się do angielskich inspiracji - pełnymi garściami czerpie z Szekspira, którego zna na wyrywki.
Javier Marías, bo o nim mowa, to mag słowa, który czytelnicze zainteresowanie potrafi pozyskać od pierwszego zdania powieści. Tak właśnie jest w przypadku "Jutro, w czas bitwy, o mnie myśl", które rozpoczyna się prawdziwym trzęsieniem ziemi.